Polski ambasador odpowiada na zarzuty burmistrza Rotterdamu

Nie ma człowieka nie ma problemu - kontrowersyjne zasady w Tiel

Kilka dni temu świat obiegły słowa burmistrza Rotterdamu, w których wskazywał, iż kanały jego miasta są lepsze niż ulice Warszawy. Mówiąc to, zaprosił do siebie ambasadora Rzeczypospolitej w Holandii, by pokazać mu w jak ciężkich warunkach żyją nasi rodacy. Samorządowiec miał bowiem między innymi za złe polskim władzom, iż te nie robią nic, by nie ostrzec swoich obywateli przed tym, że Niderlandy nie są wymarzonym rajem na ziemi i w kraju tym też może ich spotkać smutny los.

Ambasador odmawia

Jak również pisaliśmy wcześniej, nasz ambasador odmówił. Jak wspominały władze miasta, zamiast dyplomaty na miejsce ambasada chciała wysłać „pracownika”, dlatego też zaproszenie zostało wycofane. Sytuacja była wyjątkowo napięta. W pewnym momencie mogło to nawet pachnieć kryzysem dyplomatycznym. Na szczęście jednak sprawę udało się załagodzić.

 

„Pracownik”

Ambasador wskazuje, że Warszawa jest dumą wielu Polaków. Miastem symbolem, metropolią, która podniosła się z ruin po 1944 roku i stała się jednym z najszybciej rozwijających się obszarów w Europie. Nikogo nie powinno więc to jego wzburzenie dziwić. Ponadto ambasador wskazuje, iż nie wysłał „pracownika”. Na spotkanie z burmistrzem miał udać się Konsul Generalny, osoba de facto opiekująca się wszystkimi Polakami w Niderlandach. Mająca na ich temat największą wiedzę i kompetencję w tym zakresie. Jak wskazuje łamach AD polski dyplomata, musiało więc dojść do pomyłki, niezrozumienia struktury ze strony samorządowców. Nie było tu mowy o ignorowaniu zaproszenia Ahmeda Aboutaleba.

 

To samo spojrzenie

Abstrahując jednak od polityczno-wizerunkowych przepychanek, celem owej wizyty miało być pokazanie polskiemu ambasadorowi, iż w Rotterdamie wielu naszych rodaków ma problemy aby związać koniec z końcem. Żyją w tragicznych warunkach. Są wykorzystywani. Wielu z nich grozi bezdomność lub już znaleźli się na ulicy. Jest to nie tylko problem dla miasta, ale przede wszystkim ogromna tragedia dziesiątek, jeśli nie setek migrantów, którym należy natychmiast pomóc. Na uwagi te odpowiedziała Konsul Generalny w Holandii, Pani Katarzyna Smoter. Jej odpowiedź zacytował AD: „Z tymi problemami mamy do czynienia na co dzień. Wiemy, co dzieje się w Rotterdamie, a także w pozostałej części kraju. Pomagamy ludziom z dokumentami jeśli je zgubili, z pieniędzmi, z ubraniami, a nawet butami. Oferujemy im bilet na powrót do Polski. Rozmawiałam dzisiaj przez dwie godziny z ludźmi z Barki, którzy pomagają bezdomnym Polakom w Rotterdamie. To fantastyczne, co robią przy naszym wsparciu. Bardzo nam na tym zależy”.

 

Dumni jak Polacy

Mamy więc dwie strony przepychanki, słowno-wizerunkowej. Obie jednak zauważają ten sam problem. Polacy, którym zawaliło się życie w Holandii i którzy koczują, np. w Zuiderpark, mówią jedno. Nie chcą wracać do Polski. To właśnie z tego podejścia wziął się najpewniej pogląd burmistrza. Nie wynika on jednak z jakości życia w naszej ojczyźnie, a z dumy jej mieszkańców. Wielu z nich nie potrafi przyznać się do błędu. Są zbyt dumni. Nie chcą wrócić do rodziny, do domu i powiedzieć „nie udało się”. Nie chcą by sąsiedzi, przyjaciele, czy w przypadku mniejszych miejscowości cała wieś dowiedziała się, iż, np. zostali oszukani i wylądowali na ulicy. Ludzie ci uważają, iż zawiedli. Będąc bowiem w Polsce, widzieli ludzi wracających z Holandii, z tysiącami euro na koncie, z prezentami dla rodziny. Ludzi, którym udało się tam znaleźć wymarzoną pracę, a czasem nawet założyć rodzinę. Ich opowieści zaś, przekazywane często pocztą pantoflową przybierają formę mitów o Holandii jako ziemi obiecanej, gdzie życie zmienia się jak w bajce. Dlatego też często inni wyjeżdżają, nie zwracając uwagi na to z kim i gdzie podpisują umowę, ponieważ w tym raju wszystko się uda.

 

To nie oni zawiedli

Konsul wskazuje, iż nawet Polacy, którzy trafiają do Holenderskich więzień, nie chcą pomocy. Czemu? Ponieważ konsulat mógłby o ich sytuacji powiadomić rodzinę. Przekazać, że (ich zdaniem), zawiedli bliskich. Polski ambasador wskazuje jednak, że to nie oni zawiedli, to system zawiódł.  Dyplomata mówi AD: „Jest to problem strukturalny w systemie holenderskim, który pozwala na taką sytuację. Ludzie tutaj znajdują się w sytuacji, w której są zależni od tej samej agencji zatrudnienia zarówno w domu, jak i w pracy. Zgodnie z waszym (zwraca się do Holendrów) ustawodawstwem mogą zaoferować im umowę na zero godzin pracy: wtedy nie mają żadnej gwarancji pracy, ale ponoszą wysokie miesięczne koszty. To bardzo trudna sytuacja, nie do zniesienia dla mnie jako prawnika, szczerze mówiąc. Na szczęście wielu Polaków ma się dobrze. Ale są też tacy, którzy wpadają w kłopoty z powodu tego systemu. A w najgorszym przypadku kończą na ulicy i nagle stają się „bezdomni”. Problemem (dla holendrów), ale to są osoby, które przyjechały tutaj, bo jest ogromny brak ludzi (rąk do pracy), które chcą pracować i które popadły w nędzę częściowo właśnie z powodu systemu”.

 

Problem rozwiąże się sam?

Ambasador wskazuje holenderskim dziennikarzom, iż problem z Polakami z czasem rozwiąże się sam. W RP zmniejsza się bezrobocie (mamy jedne z najmniejszych w UE) i rosną płace. Coraz więcej ludzi znajduje godziwe zatrudnienie w Polsce. Nie muszą wyjeżdżać za granicę, nie muszą rozstawać się z rodziną. W naszej ojczyźnie tak jak w Holandii są już zawody, których Polacy nie chcą już wykonywać i na ich miejscu pojawiają się migranci zarobowi ze wschodu Europy. Dogonienie zachodu jednak potrwa. Nie można zresztą zapominać o tych, którzy są w Holandii i których los nie oszczędzał. Ci  bowiem często liczą, że szczęście się do nich uśmiechnie. Mijają jednak dni, tygodnie, miesiące a ludzie ci nie potrafią się już wydostać z tej sytuacji. W efekcie godzą się z losem i zaczynają akceptować rzeczywistość, w jakiej się znaleźli. Im trzeba pomóc.

 

Raport Roemera

Dlatego też w ambasadzie bardzo dobrze przyjęto raport Emile Roemer’a. Niemniej jednak traktowany jest on z pewnym dystansem, ostrożnością. Jak to bowiem bywa w polityce, dokumenty tego typu potrafią na lata znikać w szufladach czy sejmowych zamrażarkach. Ambasador rozumie też, iż samo miasto, sam Rotterdam chce pomóc migrantom, co jest wyjątkowo dobrym i szczytnym celem. Niestety jak to przyznał w materiale AD polski ambasador, problem ten można rozwiązać tylko na szczeblu krajowym, przez decyzję rządu w Hadze.