Polak spłonąłby żywcem w wypadku na A73 w Holandii

wypadek rejsowego autobusu we Fryzji

Wracamy do sprawy wypadku na A73. Nowe informacje rzucają zupełnie inne światło na niedzielne wydarzenia. Dość powiedzieć, iż osobą, która omal nie spaliła się żywcem, był nasz rodak. To również Polak może odpowiadać za całe to niebezpieczne zajście.

Holenderski anioł

Tym, kto uratował polskiego kierowcę z ognistej pułapki, był 27-letni Holender. Mieszkaniec Vierlingsbeek, w gminie Boxmeer. Mężczyzna ten jak codziennie o szóstej rano wsiadł do samochodu i jechał do pracy. Tego dnia rutynowa podróż przyjęła jednak tragiczny obrót. Mężczyzna wspomina, iż nagle przed sobą zobaczył białą Skodę, która hamuje z całej siły. Krótko potem dostrzegł szczątki na poboczu i rozbity samochód.

Czerwony Opel

Chwilę przed nagłym hamowaniem Skody świadkowie mówili o pędzącym czerwonym Oplu Omedze. To nim podróżował nasz rodak. Wstępne ustalenia różnią się znacząco od pierwszych przypuszczeń z miejsca zdarzenia. Okazuje się, iż pojazd prowadzony przez naszego rodaka jechał dość szybko. W pewnym momencie kierowca stracił panowanie nad samochodem i maszyna wpadła w poślizg. Autem zarzuciło i uderzył on o barierę energochłonną znajdującą się przy lewym pasie. Ta jednak nie zatrzymała samochodu. Ten obrócił się i odbił na prawy pas. Tam zderzył się z ciężarówką, której kierowca nie zdążył zahamować. W końcu pokiereszowana maszyna zatrzymała się na pasie awaryjnym.

Jak z filmu

Jak wspomina dzielny Holender, to czego doświadczył było jak sceną z filmu. Wrak pojazdu, ogień, dym. Mężczyzna nie wahał się ani chwili. 27-latek, będący zawodowym ochroniarzem zadziałał automatycznie. Zjechał autem na pas awaryjny, włączył „awaryjne” i ruszył do stronę Opla.

Pułapka

Jak wspomina reporterom AD, gdy podszedł do wraku zobaczył, iż dach pojazdu jest prawie całkowicie zgnieciony. W aucie ktoś się jednak rusza. Są to dwie osoby. Jedną z nich jest drugi z bohaterów całego zdarzenia. Kierowca ciężarówki, która brała udział w kolizji. Tirowiec nie doznał żadnych obrażeń, a będąc najbliżej, sam ruszył z pomocą. Starał się uwolnić zakleszczonego Polaka. Miał jednak duży problem.

 

Cenne sekundy po wypadku

W próbach natychmiast zaczął pomagać mu 27-latek. Mężczyznom udało się oswobodzić kierowcę z pasów. Korpus, głowa i ręce były wolne. Niestety nogi utknęły pod deską rozdzielczą, która na skutek wypadku została wepchnięta do wewnątrz i nieco w dół. Każde szarpnięcie, próba uwolnienia Polaka, kończyła się wrzaskiem z powodu bólu ofiary. Przeraźliwy krzyk paraliżuje ratowników. Mężczyźni nie chcą zrobić bowiem Polakowi krzywdy. Z każdą jednak sekundą ogień jest coraz większy i zbliża się do przestrzeni pasażerskiej. Ochroniarz i kierowca tira musieli zdecydować, czy narazić ofiarę na ogromny ból, czy pozwolić mu udusić się lub spłonąć żywcem. Bez namysłu wybrali pierwszą opcję. Kilkanaście sekund później Polak leżał już bezpiecznie na asfalcie kilka metrów od wraku, w którym ogniem właśnie zajmowały się siedzenia kierowcy i pasażera.

 

Ciężki stan

Jak mówią świadkowie, Polak miał ranę głowy oraz wyglądał tak, jakby był cały zalany krwią. Mężczyznę pogotowie zabrało do szpitala. W drodze poszkodowanemu towarzyszył lekarz urazowy, który przybył na miejsce helikopterem ratunkowym. Policja ani lekarze nie zdradzają informacji o stanie pacjenta. Potwierdzają jednak, że jeśliby nie bohaterstwo dwójki ludzi, którzy wyciągnęli ofiarę z płonącego auta, nie miałaby żadnych szans.