Horror na polskim domku w Ravenstein cz.3

Wygodne łóżko, czysta pościel, wysprzątana kuchnia oraz łazienka - można pomyśleć, że to podstawy aby komfortowo mieszkać podczas zarobkowego wyjazdu do Holandii.


Kontynuacja listu Anny Soboń.
Czytaj część 2 listu Anny z okolic Przemyśla

"Co Pan tu robi??? Co Pan tu do cholery robi? Nie może Pan spać? ... Pytałam Kazimierza, a on prosił mnie żebym się uspokoiła. Mówił, że zauważył, że ktoś włóczy się po korytarzu... Mówił też, że musi trzymać tu porządek, bo inaczej wszyscy rozniosą ten hotel. Pytał mnie  co się tak pałętam rano po korytarzu, bo pracy i tak w piątek nie idę... Jak to nie idę?! Zapytałam go i byłam już naprawdę zdenerwowana. Przyjechałam tu pracować i zarobić pieniądze, a nie przebywać w pokoju. Po tym wszystkim powiedział mi, że nie zaplanowali mnie więc nie idę, i że to nie jego sprawa, że nie on się tym tutaj zajmuje... Super!

Jaki piątek taki cały weekend

W końcu wyszedł. Obleśny stary dziad. Pomyślałam sobie, kur***a gdzie ja jestem... Zrezygnowana usiadłam na łóżku, za oknem zimno, w pokoju zimno, przez nieszczelne okno wdzierały się lodowate podmuchy wiatru. Puściłam "Kwiat Jabłoni" i zaczęłam czytać swoją ulubioną książkę "Kawiarnia na końcu świata", książka o sensie życia. Czytałam ją już kilkanaście razy i nie mam ciągle dość. Wracam do niej w trudnych dla mnie chwilach, odnajduję w niej zapomnienie i bezpieczną przystań. Tak minęło kilka godzin, z odrętwienia wyrwał mnie telefon od mamy.
(....)
Skłamałam, że wszystko ok, że praca fajna i ludzie w porządku. Po co ona ma się jeszcze martwić.
Zeszłam do jadalni, wszechobecny syf, cerata na stole lepiła się. Odechciało się jeść, ale coś muszę. Z domu zabrałam chleb, cebulę, trochę sera i dobrą polską kiełbasę. Powinno starczyć na kilka dni. Słyszałam, że ludzie jeżdżą busem do sklepu a piechotą to prawie 10 kilometrów.
Tak sobie myślę, że wiele już w życiu widziałam, ale takiego syfu to nigdy. Wszędzie jakieś resztki jedzenia, worki po chlebie, w zlewie brudne talerze. Przecież nie można w takich warunkach mieszkać, naiwna zaczęłam sprzątać. Po godzinie jadalnia zaczynała jakoś wyglądać. I nagle zjawił się jakiś obcokrajowiec. Na pewno nie był Holendrem, raczej jakiś Arab czy Hindus, zaczął wołać "raboti, raboti". Wychodząc zawołał "nowa gut" i próbował klepnąć mnie w pośladek, ale szybko odskoczyłam w bok. Odszedł ... co za palant, bezczelny typ, co za miejsce... Wróciłam do sprzątania, myślami byłam gdzieś indziej, gdzieś daleko.

Bus to nie taxi!

Około godziny 15 pierwsi ludzie zaczęli wracać z pracy, wyglądali na zadowolonych. Niektórzy już rozpoczęli weekend, dumnie taszczyli w jednej ręce wielopak taniego piwa, a w drugiej otwartą puszkę.
Zapytałam kierowcę, czy podwiezie mnie do sklepu... To nie taxi odpowiedział. Z buta w godzinkę dojdziesz, chyba że.... no wiesz... Nie chciałam wiedzieć, pojechałam rowerem.

Sklep jak sklep, kupiłam co miałam kupić. Przy okazji "poznałam" rodaków, podobno ludzie z mojego domku. Nie wiem, nie kojarzyłam ich. Zresztą nie miałam okazji ich poznać, zawsze trzymałam się na uboczu, z dala od nieznajomych. Do "hotelu" wróciłam dopiero około 18, pomimo przeraźliwego zimna wolałam spędzić czas sama ze sobą.
W "hotelu" weekend rozkręcał się na całego. Drzwi na korytarz pootwierane, wszędzie zapach alkoholu i palonej marihuany. Hotel przypominał rozedrgane gniazdo pełne ludzi zachowujących się jak owady, krążące po korytarzach. Z salonu i kuchni dobiegał gwar i śmiech, jacyś ludzie gotowali kolację. Wszędzie leżały butelki po piwie, po porządku który zostawiłam w jadalni nie było śladu. W kącie przykuty kajdankami do grzejnika dogorywał jakiś małolat, miał paskudnego liszaja na twarzy. Nie wiem, czy to alkohol czy narkotyki. Nikt się nim nie interesował, po prostu tam leżał...

Friday... night fever

Zapytałam pary przygotowującej kolację, dlaczego on tam leży? Kazali mi zapytać Kazimierza... Nie chciałam pytać, nie chciałam oglądać jego gęby i brudnej koszuli.
Impreza w salonie powoli się rozkręcała, pojawiali się coraz to nowi goście, towarzystwo robiło się coraz bardziej międzynarodowe a ja wróciłam do pokoju. Z parteru dobiegały dźwięki muzyki, zgasiłam światło, położyłam się na łóżku i  nałożyłam słuchawki.
Po kilkunastu minutach zauważyłam, że pod moimi drzwiami ktoś stoi. Cień rzucany przez tajemniczą postać ślizgał się po podłodze. Zamarłam ze strachu. Zdjęłam słuchawki, muzyka ucichła... słyszałem tylko głos? Głosy? Pod drzwiami ktoś rozmawiał po angielsku. Rozpoznałam głos Kazimierza i jeszcze kogoś z obcym akcentem. Rozmawiali o dziewczynie, miałam wrażenie że padło imię Janina... a może to moja wyobraźnia? Sama nie wiem, ale tak to wtedy czułam. Mówili, że dziewczyna nie chce pracować, buntuje się ale kwestia czasu aż zacznie być miła. Odeszli... siedziałam jak na szpilkach, czułam pot na całym ciele i znów zaczęła mnie swędzieć skóra na rękach.
Było już grubo po 23 gdy zeszłam do naszego "salonu", na brudnych materacach leżało kilku upalonych  mężczyzn. W rogu salonu pijana niewiasta z trudem opierała się grawitacji i dwóm facetom o bliskowschodniej urodzie. Miałam wrażenie, że się znają; oni byli natarczywi ona się niby broniła. Powoli ją rozbierali, nie opierała się zbytnio. Śmiech i pijacki bełkot. Poszłam do kuchni zrobić zieloną herbatę, w kącie nadal siedział chłopak. Wyglądał już lepiej, jednak nadal był przykuty kajdankami do kaloryfera. Zapytałam dlaczego siedzi w kącie, dlaczego jest przykuty. Zaczął mamrotać coś o dziewczynie, Turkach i Kazimierzu. Nie bardzo go rozumiałam, w zasadzie w ogóle go nie rozumiałam. Był zbyt pijany lub naćpany, w ogóle się nie szarpał, po prostu siedział zrezygnowany.