Energetyk uratował pracowników migrujących

Groningen

W nocy z soboty na niedzielę wybuch pożar w domu, w którym mieszkali pracownicy migrującymi. Dwóch z nich mogłoby nigdy nie opuścić budynku i zginąć w płomieniach i dymie, gdyby nie właściciel pobliskiego baru z przekąskami i butelka energetyka. 

Pożar

Około godziny 1 w nocy w domu przy Cederstraat w Den Bosch pojawił się pożar, za który odpowiadało zwarcie w skrzynce elektrycznej z licznikami. Płomienie rozprzestrzeniające się po pomieszczeniach uszkodziły między innymi rurę z gazem, co jeszcze bardziej zwiększyło zagrożenie. Doszło bowiem do zapłonu ulatniającego się błękitnego paliwa. Strażakom po kilku godzinach udało się w końcu wygrać z ogniem, ale zniszczenia okazały się na tyle duże, iż przynajmniej w najbliższym czasie nieruchomość nie będzie nadawać się do ponownego zamieszkania.

 

Straty

Straty, jakie wyrządził żywioł, są na szczęście tylko i wyłącznie materialne. Nikt nie został ranny, nikt też nie zginął. Jedynie jedna z lokatorek, na skutek podtrucia się dymem musiała trafić w ręce ratowników pogotowia. Jej stan był jednak na tyle dobry, iż po zbadaniu w karetce stwierdzono, iż niepotrzebna jest wizyta w szpitalu. Ten swoisty happy end to zasługa sąsiada, właściciela baru z przekąskami i butelki napoju - energetyka. Gdyby bowiem nie on dziś moglibyśmy tu pisać o ofiarach śmiertelnych.

 

Mgła?

Jak wspominał dziennikarzom AD właściciel lokalu gastronomicznego, siedział on razem z żoną na kanapie, gdy nagle zobaczył dziwną szarość za oknem. Gdy wyszedł na zewnątrz, zrozumiał, iż nie jest to mgła, a efekt wybuchu ognia w budynku obok. Mężczyzna postanowił więc sprawdzić, co się dzieje. Jego żona zadzwoniła zaś na straż pożarną.

Holender zobaczył, iż siedmiu polskich pracowników migrujących bezpiecznie opuściło budynek. Mężczyzna wiedział jednak, iż w płonącej nieruchomości mieszkała jeszcze para Rumunów. Dwójki tej zaś nigdzie nie było widać. Musieli zostać w środku. Z pewnością spali i nie mieli pojęcia, iż budynek ogarniają płomienie.

Działanie

Holender postanowił więc działać. Zamiast jednak wbiegać do budynku, w płomienie, co w tej sytuacji nie byłoby bohaterstwem, a głupotą postanowił zrobić coś innego. Właściciel baru ruszył do swojego samochodu, w którym miał butelkę napoju z energetykiem, zabrał ją i rzucił z całej siły w okno pokoju Rumunów. To podziałało. Głośne uderzenie w szybę sprawiło, iż para się obudziła. Obcokrajowcy w mig zrozumieli, co się dzieje i w ostatnim momencie udało im się opuścić dom.
„Czy jestem bohaterem? Nie, po prostu wykonywałem swój obowiązek” – mówi Holender dziennikarzom AD, wskazując, iż nie zrobił nic heroicznego, tylko rzucił butelką energetyka.

 

Podziękowania

Właściciel lokalu z przekąskami po ewakuacji zaprosił pogorzelców do swojego sklepiku, oferując coś do jedzenia i gorącego do picia. Rumuni i Polacy przebywali w sklepie do momentu, gdy otrzymali zakwaterowanie w hotelach. Niedzielnego ranka na drzwiach sklepu właściciel znalazł odręcznie napisaną notatkę przyklejoną do szyby dwoma paskami taśmy izolacyjnej. Na niej znajdowało się jedno zdanie w języku niderlandzkim:  „Dziękujemy Arturze (imię właściciela sklepiku), za schronienie i ciepło. Pozdrawiamy Polacy”.

 

 

Źródło:  AD.nl