Pracownicy wyzyskiwani w Holandii jak nigdy dotąd

Pracownicy wyzyskiwani w Holandii jak nigdy dotąd

Rząd, związkowcy jak i sami przedsiębiorcy zapowiadali, iż będzie lepiej, że skończy się wyzysk pracowników w Holandii, że migranci mogą żyć i pracować w Królestwie Niderlandów na takich samych warunkach jak rodowici mieszkańcy. Padały szumne zapowiedzi, wielkie słowa. Jak to wygląda w praktyce? Okazuje się, iż w ciągu ostatniego roku liczba doniesień o wyzysku pracowników wzrosła o 70%. Jest gorzej, niż było. Czyżby więc piękne słowa zostały tylko pięknymi słowami?

rozliczenie podatku z Holandii

Szumne zapowiedzi

Holendrzy chwalą się, że w ostatnim roku bardzo poprawił się los pracowników migrujących. Rząd z racji COVID-19 i tego, że „polskie domki” to wręcz idealne ogniska zakażeń zaczął przyglądać się sytuacji migrantów, chroniąc w dużej mierze własną skórę. Pojawiły się więc „wizyty gospodarskie”, naloty służb czy zapewnienia, iż każdy pracownik będzie miał własny pokój. Oprócz słów powstało również kilka raportów ukazujących największe problemy pracowników zatrudnionych w agencjach. Rząd zaś miał zająć się sprawą.

 

Wyzysk

Jak to się skończyło? Tak jak wielu przypuszczało. Gdy szum medialny opadł i dziennikarze przestali zajmować się tematem, działania w zakresie poprawy warunków pracy i bytowania migrantów znacznie spowolniły. W wielu zakresach doszło nawet do swoistego regresu. Skąd to wiadomo? Jak wspomnieliśmy w nagłówku, w ostatnim roku o 70% wzrosła liczba doniesień o wyzysku pracowników. Czym jest ów wyzysk? Wedle niderlandzkich definicji nie jest to błaha kwestia, w stylu pracownik pracuje 5 minut ponad limit. Wyzysk w pracy, to wedle tamtejszych definicji jedna z form handlu ludźmi, w której ktoś musi pracować w nieludzkich warunkach, nie otrzymuje też należytej zapłaty za swoją pracę.

 

Uderzenie w twarz

Takich oto przykładów wyzysku w 2020 zgłoszono 449, dla porównania w 2019 było ich tylko 261. Dla wielu organizacji walczących o prawa pracownicze, jak i urzędników z inspekcji pracy, jest to jak uderzenie w twarz. Przez wiele lat roczna średnia oscylowała od 200 do 250 takich przypadków. Rok temu było ich ponad dwa razy tyle, a eksperci badający tego typu zdarzenia nie mają wątpliwości, iż to przysłowiowy wierzchołek góry lodowej. Wielu ludzi bowiem boi się to zgłosić lub nie ma pojęcia, jak ma to zrobić. Ogromne znaczenie ma tu nie tylko, np. nieznajomość języka w przypadku migrantów, ale również strach o własny los. Jeśli bowiem pracodawca namierzy „kapusia”, czeka go zwolnienie z wilczym biletem, a to w przypadku Polaka czy Bułgara oznacza nie tylko brak pracy, ale i dachu nad głową. Pracodawca bowiem zwykle jest też właścicielem lokalu, w którym robotnik mieszka.

Rolnictwo

Informacje o wykorzystywaniu w pracy spływają w głównej mierze do Policji i Inspekcji Spraw Społecznych i Zatrudnienia, czasem też do związków zawodowych czy organizacji pomocowej Fairwork. Ta ostatnia w 2020 otrzymała znacznie więcej zgłoszeń niż zwykle. Wszystkie te informacje zbiera i analizuje Centrum Koordynacji przeciwko Handlowi Ludźmi (Comensha), która wskazuje, że w ubiegłym roku większość raportów dotyczyła rolnictwa i ogrodnictwa. Czyli branż, które opierają się w głównej mierze na migrantach z naszej części Europy.

COVID-19 pomógł

Comensha wskazuje, iż jeden z najczęstszych problemów pojawiających się w sprawach wyzysku dotyczy kwestii zakwaterowania. Pracownicy bowiem upchnięci w ciasnych pokojach. Śpiący prawie jeden na drugim, bali się epidemii. Wielu z nich widząc, iż ich kolega z łóżka obok zaczyna mieć problemy z oddychaniem i kaszleć, stwierdzali, iż zgłoszą sprawę. Życie jest bowiem ważniejsze niż praca. To jednak nie wszystko. Chorzy trafiali pod lupę sanepidu, który dowiadywał się o przeludnieniu w domkach. Również pogotowie zabierające czasem ciężko chorych informowało, iż pod tą lokacją jest dziwnie dużo pracowników.
Zakwaterowanie to jednak nie wszystko. Wiele spraw dotyczyło również zaniżanych zarobków. Ludzie dostawali znacznie mniej, niż było w umowach, z racji dodatkowych ukrytych opłat czy kar regulaminowych, w których np. wietrzenie w sezonie grzewczym „kosztuje” 50 euro. Inne informacje mówiły również o bezpłatnych nadgodzinach, zastraszaniu pracowników, czy nawet agresji kadry nadzorującej.

 

Problem systemowy

Czy to się zmieni? Niestety są na to niewielkie szanse i nie jest to zdanie pokrzywdzonych pracowników, a organizacji, które starają się im pomóc. Wyżej podaliśmy definicję wyzysku. Ów wyzysk wyzyskowi nierówny. Decydujące zdanie ma tutaj bowiem prokuratura. To ona określa, czy coś jest wyzyskiem, czy tylko złymi praktykami zatrudnienia. Brzmi to bardzo brutalnie, ale taka jest niestety prawda. Doskonale ukazuje ją umorzona przez prokuraturę sprawa kierowców samochodów ciężarowych z Filipin. Musieli oni pracować przez 7 dni w tygodniu, z wyłączonym tachografem. Spali tylko po kilka godzin dziennie w szoferkach. Pracodawca nie zorganizował im ani hoteli, ani miejsc, gdzie mogli się, np. umyć. Ponadto ludzie ci otrzymywali znacznie niższe wynagrodzenie, niż mieli w umowie. Prokurator nie widział tu jednak wyzysku i umorzył sprawę z braku dowodów.

 

To już nie te czasy

Organizacje walczące o prawa pracowników wskazują, iż często oskarżyciele żyją przeszłością. Już dawno skończyły się czasy, w których wyzysk oznaczał zbiór pomidorów gdzieś na polu otoczonym drutem kolczastym, gdzie migrantów pilnowała mafia, która po przyjeździe zabierała im paszporty i nie wypłacała ani centa. Teraz te sprawy są coraz bardziej skompilowane i jeśli wymiar sprawiedliwości tego nie zrozumie, przypadków wykorzystania pracowników będzie coraz więcej.