Holendrzy poszli do szkoły po 2 miesiącach przerwy

Od wczoraj uczniowie szkół podstawowych w Królestwie Niderlandów znów chodzą do przysłowiowej „budy”. Po blisko dwóch miesiącach nauki zdalnej uczniowie znów mogą spotkać się w szkole. Dla dzieci to ogromna radość z zobaczenia się z rówieśnikami. Dla rodziców zaś ulga i koniec domowej nauki.

W niedzielę, 15 marca, premier Holandii Mark Rutte ogłosił podczas konferencji prasowej, iż w obawie przed koronawirusem zamyka wszystkie placówki oświatowe w trybie natychmiastowym. Nie oznaczało to jednak, iż uczniowie mogli liczyć na blisko dwa miesiące wakacji. Nauka z klas przeniosła się do domu. Lekcje odbywały się zdalnie na zasadzie wideokonferencji, czatów czy wymiany maili. System ten początkowo wydawać, by się mogło wręcz patologiczny, po pierwszych kilku dniach testów i problemów okrzepł i młodzież podjęła naukę. Nie była ona może tak wydajna i efektowna jak w szkole, ale przynajmniej nie był to czas stracony przez dzieci. Podczas tych niespełna dwóch miesięcy oprócz sprawnego łącza internetowego i samozaparcia niezbędna bardzo często była pomoc rodzica. Ten stał się wręcz często nauczycielem pomocniczym, który po swojej pracy wraz z dzieckiem przerabiał powierzony przez pedagoga materiał, wyjaśniał wszelkie niejasności, tłumaczył , a także sprawdzał czy maluch opanował temat. Sytuacja ta doprowadziła do tego, iż wielu rodziców zrozumiało, czemu nauczyciele domagają się podwyżek uznając, iż zawód ten wymaga poświęcenia i o wiele więcej wysiłku niż początkowo sądzili.

Badania

Gdy uczniowie byli w domu służby prowadziły liczne badania i analizy dotyczące COVID-19. Wiele z nich potwierdziło, iż dzieci do 12 roku życia w niewielki stopniu przyczyniają się do rozprzestrzeniania patogenu. Z tego też względu premier na konferencji 21 kwietnia zapowiedział, iż podstawówki zostaną otwarte 11 maja. Lekcje nie będą odbywać się jednak tak jak dawniej. Placówki muszą podjąć środki mające na celu unikniecie rozprzestrzeniania się wirusa i spełnić wytyczne PO-Raad.

Zostań w domu

Decyzją władz, szkoły miały obowiązek otworzyć się 11 maja. Niemniej jednak rodzice, którzy chcą zatrzymać dziecko w domu, mogą to zrobić i nie poniosą, przynajmniej na początku, z tego tytułu konsekwencji. Również nauczyciele, będący w grupie ryzyka, nie muszą rozpocząć nauczania na miejscu. Kwestie te mają zostać rozpatrzone polubownie na linii nauczyciele-rodzice, rodzice-dyrekcja i nauczyciele-dyrekcja.

Szkoły i nauka na pół gwizdka

W efekcie przyjęty od 11 maja system nauczania można nazwać nauką na pół etatu. Chodzi o to, by liczba uczniów w szkole nie przekraczała 50%. Wiele placówek postanowiło więc uczyć podopiecznych co drugi dzień. Niektórzy dyrektorzy wydłużają lekcję na zasadzie dzień nauki, dzień wolny. Inni wprowadzają naprzemiennie dla połowy klasy dzień zdalny, dzień na miejscu. Na chwilę obecną trwają więc testy na żywym organizmie mające na celu ustalenie, który system jest najbardziej efektywny. Oprócz tego, małoletni mają utrzymywać między sobą odległość 1,5 metra. Wymóg ten da się egzekwować na lekcjach. Na przerwach jednak dzieci niewidzące siebie od 2 miesięcy raczej nie zważają na obostrzenia koronowe. Wzbudza to pewne wątpliwości i pytania co do ewentualnego wzrostu zakażeń. Czy jednak tak się stanie, przekonamy się najpewniej dopiero za dwa, trzy tygodnie.