To nie nasza wina, że migranci są wyzyskiwani

To nie nasza wina, że migranci są wyzyskiwani

To nie nasza wina, że Polacy i inni migranci zarobkowi są wyzyskiwani w Holandii. To wina Polaków, Węgrów, Rumunów. Brzmi dziwnie? Wręcz prowokacyjnie. Taki wniosek wysnuł Ahmed Aboutaleb, burmistrz Rotterdamu i co gorsze w pewnych aspektach nie sposób nie przyznać mu racji.

Decydent w rozmowie z AD wyraźnie podkreślił, iż jest bardzo zaniepokojony losem migrantów z naszej części Europy. Liczba przybyszy z Polski, Bułgarii czy innych państw środkowo-wschodniej części kontynentu wciąż rośnie. Wraz z tym rosną również wskaźniki dotyczące wykorzystywania pracowników. W ciągu zaledwie ostatniego roku liczba tego typu przypadków wzrosła aż o 70%. Ludzie ci jadą do Holandii, szukając lepszego życia, a często trafiają do piekła. Dlaczego tak się dzieje?

 

Niewiedza boli

Burmistrz jednego z największych miast w Holandii wskazuje, że przybysze nie zdają sobie sprawy z tego co może na nich czekać w Niderlandach. Osoby te, zdaniem samorządowca, nie stykają się praktycznie z żadnymi ostrzeżeniami w kraju pochodzenia przed tym co może czekać je, jak dotrą do Niderlandów. Wielu zna bowiem tylko wyidealizowany obraz przedstawiony przez agencje, które czasem same „naginają fakty do swoich potrzeb”. Gdy zaś pracownicy docierają na miejsce, bańka pryska i zaczyna się horror, za który częściowo odpowiadają władze w Warszawie, Budapeszcie czy Pradze.

 

List

Słowa te mogą oburzyć. Jak bowiem za holenderskie wykorzystywanie pracowników mogą odpowiadać władze w kraju ich pochodzenia? Holenderski polityk wskazuje, iż jego wypowiedź to odpowiedź na list polskiego ambasadora, który wyraził wściekłość po tym jak burmistrz stwierdził, że „nawet ścieki Rotterdamu są dla niektórych lepsze, niż ulice Warszawy”. Słowa te mogły wywołać szok. Niemniej jednak samorządowcowi nie chodziło o to, by obrazić Polaków. Ahmed Aboutaleb zaprosił ambasadora, by pokazać mu, w jakich czasem warunkach muszą mieszkać nasi rodacy. Pokazać jak wielu z nich decyduje się na prace i życie poniżej ludzkiej godności. Jak wielu wskazuje, iż zostało wykorzystanych przez nieuczciwych pośredników, padło ofiarami niekorzystnych omów czy zostało bezdomnymi po tym jak straciło pracę i dach nad głową. Polski dyplomata jednak zaproszenia osobiście nie przyjął.

Carnisse

Burmistrz swoje słowa popiera opinią, jaką przekazał mu krajowy sprawozdawca ds. handlu ludźmi. Rozmowy te miały miejsce w Carnisse, w dzielnicy miasta, gdzie co piąty mieszkaniec to migrant z naszej części Europy. Większość gastarbeiterów mieszka tam w złych warunkach lokalowych, wielu cierpi z powodu wyzysku lub ubóstwa, niektórym grożą eksmisje, ponieważ zalegają z czynszami.

 

Szersze uprawnienia

Burmistrz ma już tego dość. Przywołuje przykład Bułgarów śpiących gdzieś na materacach, na strychu jednego z domów, a płacących za to 450 euro miesięcznie. Ludzie, którzy tak robią, żerują na mieszkańcach. To pijawki, których trzeba się pozbyć. Z punktu widzenia prawa nie robią nic nielegalnego. Trzeba więc to prawo zmienić, by ukrócić tego typu działania. Dlatego też apeluje do władz w Hadze o podjęcie inicjatywy w tym zakresie. Nie rozumiejąc przy tym czemu rząd nie zajmie się w końcu kompletny raportem Emile'a Roemera, dotyczącym koniecznych zmian. Wszyscy popierają dokument, który pokazuje, jak chronić migrantów, ale nikt nie chce go wdrożyć.

 

Wina Polaków

Samorządowcy z Rotterdamu mają również pewne pretensje do władz w rodzimych krajach migrantów. W wielu z nich, przyszli pracownicy migrujący nie są informowani przez rząd, co może ich czekać w Holandii. Praktycznie żadna agencja rządowa nie mówi im o tym, że mogą paść ofiarą handlu ludźmi, czy nieuczciwych umów. Brak jest świadomości społecznej w tym zakresie, brak kampanii społecznych, które ową świadomość mogłyby zbudować. Gdyby bowiem migranci od początku znali zagrożenia i wszystkie haczyki, na które mogliby się złapać, dałoby się uniknąć wielu tragedii w Holandii.