Najgłośniejszy proces ostatnich lat – Polak na ławie oskarżonych

"Czerwona kartka" i odsiadka dla zawodnika FC Twente

W Królestwie Niderlandów ruszył jeden z najgłośniejszych procesów ostatnich lat. Na ławie oskarżonych, za zamordowanie Petera R. de Vriesa 6 lipca w centrum Amsterdamu, zasiadł nasz rodak Kamil E. i Delano G. Już na pierwszym posiedzeniu sądu Polak zapewniał, że nic nie wie o sprawie. Miał być tylko kierowcą G. Prokuratura ma w tej sprawie jednak inne zdanie. 

Wracamy do sprawy Petera R. de Vriesa. Słynny holenderski dziennikarz śledczy padł ofiarą morderców 6 lipca tego roku. Mężczyzna został zastrzelony kilka minut po wyjściu ze studia telewizyjnego. 22-letni Delano G. wystrzelił do niego z przerobionego pistoletu alarmowego (hukowego), czterokrotnie. Jedna z kul trafiła mężczyznę w głowę. Jak zeznali świadkowie, zabójca miał czekać na swoją ofiarę, siedząc spokojnie na schodach. Kilka minut przed wpół do ósmej dziennikarz wyszedł tylnym wyjściem i ruszył w kierunku swojego samochodu. Wtedy to 22-latek poszedł za nim. Kilkanaście sekund później słychać było huk i De Vries padł na ziemię.
Dziennikarz przeżył postrzał. Był jednak w stanie krytyczno-agonalnym. Pomimo ogromnych wysiłków lekarzy mężczyzny nie dało się uratować.

 

Zatrzymanie

Holenderska policja powiadomiona o całej sprawie natychmiast ruszyła w pościg za mordercą. Ten nie trwał zbyt długo. Już po trzech kwadransach funkcjonariuszom udało się zatrzymać na A4 skradzione Renault Kadjar. W pojeździe tym znajdował się strzelec i 35-letni Polak, który prowadził samochód. Obaj natychmiast zostali aresztowani, a dochodzenie potwierdziło, iż to właśnie pasażer pociągnął za spust pod studiem telewizyjnym.

 

Byłem tylko kierowcą

W poniedziałek odbyło się pierwsze, wstępne posiedzenie w sprawie morderstwa. Jak można było się domyśleć, rozpoczynający się proces wzbudził ogromne zainteresowanie. Największa sala sądu w Amsterdamie pękała w szwach od dziennikarzy, krewnych ofiary i prawników. Nie ma się zresztą czemu dziwić. Ta sprawa wywołała ogromny szok w Holandii.

22-letni raper z Antyli odmówił składania zeznań. Zupełnie inaczej do sprawy podszedł Polak. 35-latek mieszkający w holenderskim Maurik, utrzymujący córkę, syna i ciężarną żonę postanowił zabrać glos. Zeznał: „Wysoki Sądzie, ja nikogo nie zabiłem, nic o morderstwie nie wiedziałem, żadnej broni nie widziałem”, mówiąc po polsku poprzez znajdującego się na sali tłumacza przysięgłego.

Linia obrony

Obrońcy Polaka chcą udowodnić przed sądem, iż nasz rodak jest niejako również ofiarą całej sytuacji. Miał on być tylko kierowcą, którego zadaniem było wozić 22-latka. Nie wiedział on nic o zabójstwie dziennikarza. Został więc niejako wmanipulowany w całą sprawę. Nie może więc odpowiadać za nieswoje czyny. Jedyne co można mu zarzucić to jazdę kradzionym samochodem, a co za tym idzie i ucieczkę przed policją.

Twarde dowody

Prokuratura jest jednak zupełnie innego zdania. Wskazuje, iż posiada szereg dowodów na to, że nasz rodak doskonale wiedział o całej akcji. Podczas procesu oskarżyciel chce udowodnić, iż Polak był wcześniej na miejscu zbrodni i dokonał rozpoznania terenu, gdzie ma dojść do ataku. Ponadto na ubraniu i rękach Polaka policja miała odkryć ślady prochu strzelniczego. To zaś oznaczałoby, iż nasz rodak miał bezpośredni kontakt z bronią palną. Gdyby tego było mało to na broni, z której zabito dziennikarza, odnaleziono również DNA Polaka.  Obrona wskazuje jednak, iż mogło ono znaleźć się tam przypadkiem. Kamil E. dowiedział się rzekomo o zamachu dopiero po aresztowaniu. DNA na pistolecie mogło być efektem tego, iż dotknął go przypadkiem. Broń była bowiem w torbie z innymi rzeczami na tylnej kanapie, mógł więc sięgając ręką do tyłu podczas jazdy i szukając czegoś dotknąć broni. Adwokaci mężczyzny wskazują również na wyjątkowo dziwny dowód, jakim był proch na rękach naszego oskarżonego. Prokuratura jest pewna, iż nasz rodak nie strzelał. Dlaczego więc Polak ma proch na rękach? Albo samo badanie było przeprowadzone nierzetelnie (chciano otrzymać taki wynik), albo 35-latek dotknął broni już po wystrzale, gdy ta leżała na tylnym siedzeniu, wtedy też zostawił na niej swoje DNA.

 

Wielka waga

Wszystkie te wątpliwości wydają się na pierwszy rzut oka mało znaczące. Sęk jednak w tym, iż to od nich zależy los Kamila E. Jeśli okaże się, że wiedział co planuje 22-latek i był na miejscu, aby faktycznie rozpoznać teren, będzie sądzony dokładnie w taki sam sposób jak strzelec i będzie grozić mu taka sama kara jak zabójcy. W przeciwnym wypadu może zostać potraktowany jako zwykły złodziej samochodów. A w najgorszym razie kierowca, członek grupy przestępczej.

Kolejna rozprawa będzie mieć miejsce 6 grudnia. Wymiar sprawiedliwości liczy zaś, iż uda mu się zakończyć proces na przełomie maja lub czerwca przyszłego roku.