Kolejny atak na „polski” sklep w Holandii

Kolejny atak na „polski" sklep w Holandii

Sklepy z polskimi produktami nadal są na celowniku holenderskich przestępców. W sobotę nieznani sprawcy starali się podpalić polski supermarket w Panningen. To nie pierwszy tego typu atak. 11 czerwca również doszło tam do próby podpalenia, a 3 czerwca ktoś obrzucił go kamieniami, wybijając szyby. Czy to kolejna odsłona wojny z tego typu lokalami w Holandii?

Polski supermarket przy Pastoor Huijbenplein w Panningen, w Limburgii padł ofiarą ognia w nocy z piątku na sobotę, około godziny 3:40. Na szczęście dzięki szybkiej reakcji strażaków straty są niewielkie. Policja zaś może mówić o próbie podpalenie, a nie podpaleniu budynku. To, iż było to działanie celowe, nie ma raczej wątpliwości. Świadkowie zeznali prowadzącym sprawę oficerom, iż widzieli, przed pojawieniem się ognia, kilka błysków a później dwie osoby uciekające skuterem spod polskiego supermarketu w kierunku Paterstraat.

 

Robią swoje

Jak wspomnieliśmy wyżej niedawne wydarzenia to już trzeci atak na ten lokal w ciągu tego miesiąca. Już po pierwszym akcie wandalizmu niderlandzka policja zainteresowała się lokalem, rozpoczynając dochodzenie. Próba podpalenia 11 czerwca sprawiła zaś, iż w rejonie sklepu pojawiają się patrole, których celem jest zapobieganie tego typu zdarzeniom. Jak jednak widać policja swoje, a przestępcy swoje. Pomimo działań stróżów prawa sprawcy nie tylko nadal pozostają na wolności, ale podejmują kolejną próbę zniszczenia lokalu.

Do trzech razy sztuka?

Trzy ataki przeprowadzone z marnym skutkiem. Można by powiedzieć, iż przestępcy to nierozgarnięci amatorzy. Niektórzy wskazują jednak, iż nie chodzi tu o to, by "złapać króliczka, ale o to, by gonić króliczka". Półświatek może bowiem chcieć rozwiązać sprawę w inny sposób. Już nieraz w Holandii samorządy decydowały się na zamykanie pubów, siłowni, czy właśnie sklepów z powodu zagrożenia społecznego. Jak to działa? Jeśli włodarze uznają, iż lokal, w tym przypadku polski supermarket, stanowi zagrożenie dla lokalnej społeczności, choćby z racji na ryzyko podpalenia i strat wśród postronnych, mogą zdecydować o jego zamknięciu. W takiej sytuacji przedsiębiorca ma niejako związane ręce.
Wybite szyby można wstawić, splądrowane półki znów zapełni towarem, osmalone ściany odmalować. Wszystkie te koszty pokryje ubezpieczyciel. W przypadku zaś administracyjnego zakazu działalności przedsiębiorcy pozostaje jedynie droga sądowa i proces z gminą, który może potrwać latami, a wygrana nie jest pewna. Wymiar sprawiedliwości może bowiem wziąć pod uwagę wyższą konieczność, zachowania porządku publicznego. W takiej sytuacji przedsiębiorcy zostają tylko ewentualne środki, jakie przyzna mu gmina z własnej woli.
Warto też pamiętać, iż w skrajnych przypadkach, jeśli sklep padałby często ofiarą tego typu aktów, miasto może nawet wypowiedzieć umowę najmu. Dzięki temu przestępcy małym kosztem i ryzykiem mogą pozbyć się sklepu.