Holendrzy znów zamkną szkoły

szkoły zamkną się znów dla uczniów

Wiele szkół w Królestwie Niderlandów może zostać w krótkiej perspektywie czasu zmuszonych do zamknięcia swoich drzwi dla uczniów. Nie chodzi tu jednak o wakacje czy kolejną falę epidemii. Okazuje się bowiem, iż w Holandii nie ma kto uczyć. O sprawie tej alarmowaliśmy już jakiś czas temu. Teraz jednak sytuacja jest jeszcze trudniejsza niż wcześniej. Najgorzej wypadają tu największe miasta.

Placówki oświatowe mogą zostać zmuszone do zamknięcia się przed dziećmi lub do zmniejszenia ilości oddziałów (klas). Wszystko to z powodu ciągle rosnącego niedoboru nauczycieli. Od dłuższego czasu w Niderlandach nie ma w tym zawodzie zastępowalności pokoleniowej, a teraz, wraz z sezonem wakacyjnym na emeryturę przechodzą kolejne roczniki starszych pedagogów, po których wakatów nie ma kim obsadzić. Najgorsza sytuacja w tym zakresie jest w Hadze, Rotterdamie i Amsterdamie, gdzie już nawet teraz dzieci czasem trafiają do domów, bo nie ma kto się nimi zająć.

 

Braki kadrowe

Najnowsze dokumenty, które dotarły do niderlandzkiego parlamentu, pokazują skalę problemu. W Amsterdamie, w szkołach brakuje 12,5 procent nauczycieli. W Rotterdamie jest to 12,7 procent. W Almere i Hadze wskaźniki te są zaś jeszcze wyższe i wynoszą odpowiednio 14,6 i 14,9 procent wakatów.

Te kilkunastoprocentowe niedobory powodują, że szkoły muszą działać cuda, naciągając grafiki dostępnych nauczycieli do granic możności. Gdy więc któryś z pedagogów się rozchoruje, skręci nogę lub weźmie dzień opieki nad dzieckiem, często nie ma kto go zastąpić, a pociechy w szkole nie mogą zostać bez opieki. Są więc zwalniane do domów ku irytacji rodziców. Do tego dochodzi problem emerytów. W kilku szkołach, jeśli pedagodzy faktycznie udadzą się na zasłużony odpoczynek, nie będzie miał kto uczyć co poniektórych przedmiotów po wakacjach.

Zaległości

Samorządowcy uważają, iż problem ten to skutek zaległości związanych między innymi z epidemią. W ubiegłym roku nauczanie było w Holandii potraktowane po macoszemu, ponieważ cała uwaga skupiła się na pandemii, a zdalne nauczanie nie ukazywało aż takich problemów kadrowych. Nauczyciel z grypą mógł bowiem uczyć, np. z domu. Teraz jednak zaległości te trzeba nadrobić. W tym roku gabinet przeznaczył więc na ten cel 8,5 miliarda euro.

Pieniądze nie rozwiążą wszystkiego

Samorządowcy z jednej strony cieszą się z dotacji. Z drugiej wskazują, iż może to nic nie dać. Po pierwsze gminy nie mają jeszcze dokładnych wytycznych jak dysponować tymi pieniędzmi i na jakie cele mogą być one przeznaczone. Po drugie wielu ekspertów wskazuje, iż ładowanie pieniędzy w edukacje to jak napełnianie dziurawego wiadra. Zamiast dawać dotację, należałoby zacząć od zmian systemowych, tak by zawód ten odzyskał prestiż, a młodzi ludzie chcieli zostać belframi. Owszem, wysokość wypłat ma tu duże znaczenie, nie jest to jednak jedyny czynnik dotyczący wyboru tej ścieżki zawodowej młodych ludzi. Jeśli zaś nie powróci wspomniana już zastępowalność pokoleniowa, z roku na rok problem będzie się tylko pogłębiał.