Holenderscy kibice jak zwierzęta

Holenderscy kibice jak zwierzęta

Nie milkną echa weekendu wyścigowego w Austrii, gdzie od piątku do niedzieli gościli kierowcy F1. Wydarzenia na tamtejszym torze wzbudziły bardzo dużo emocji i nie chodzi tu bynajmniej o sam wyścig, a o zachowanie holenderskich kibiców. To ono bowiem doprowadziło do oburzenia nie tylko Austriaków, ale i samych kierowców i organizatorów imprezy.

Wycia i gwizdy

Zeszłoroczny tytuł mistrza świata, który przypadł w udziale holenderskiemu kierowcy ze stajni Red Bulla Max’owi Verstappenowi, bardzo podzielił fanów F1. Nie wchodząc zbytnio w szczegóły, po bardzo wyrównanym sezonie o tytule zadecydowało jedno krążenie po zjechaniu samochodu bezpieczeństwa. W efekcie koronę zdobył nie Brytyjczyk z Mercedesa, a właśnie Holender. Od tego momentu kibice jednej i drugiej strony nie przepadają za sobą. Animozje te okazuje się, iż często przybierają wręcz ohydną formę.

 

Pomarańczowe trybuny

Podczas GP Austrii, w domowym wyścigu Red Bulla trybuny były aż pomarańczowe od niderlandzkich kibiców. Holendrzy odpalali race, wiwatowali za każdym razem, gdy przed ich miejscami przejeżdżał bolid Verstappena. Gdy pojawiał się bolid Lewisa Hamilton’a dało się słychać wycie, buczenie i gwizdy. Tak było podczas treningów i sesji kwalifikacyjnej przed sobotnim wyścigiem sprinterskim. W pewnym jednak momencie owe gwizdy zamieniły się wręcz w szaleńcze okrzyki radości.

 

Wypadek

Miało to miejsce, gdy Hamilton z ogromną siłą uderzył w ścianę, wypadając podczas trzeciej sesji kwalifikacyjnej i rozbijając bolid. Kraksa przy prędkości, z jaką jechał siedmiokrotny mistrz świata, mogła dla niego zakończyć się tragicznie. Holenderskich kibiców nie interesowało jednak zdrowie kierowcy. Na trybunach miał miejsce szał radości. Niektórzy tylko żałowali, iż Brytyjczyk nie zrobił sobie krzywdy.
Zachowanie to potępiły wszystkie zespoły, łącznie z Red Bullem, w którym jeździ Max. Liczono, iż do niedzieli Holendrzy się uspokoją. Okazało się jednak, iż najgorsze miało dopiero przyjść.

 

Pijani, brutalni Holendrzy

Przed niedzielnym wyścigiem do padoku zespołu Mercedesa została zaproszona Czeszka, jedna z fanek niemieckiego zespołu. Po wizycie kobieta została wręcz zlinczowana przez holenderskich kibiców. Pomarańczowy tłum miał ją szarpać, ciągnąć za sukienkę, wskazując, iż nie jest godna szacunku, jeśli kibicuje Hamiltonowi.
To jednak nie był koniec. W sieci jest wiele doniesień o karygodnych zrachowaniach Holendrów. Inni kibice wskazują, że pomarańczowy tłum zachowywał się jak zwierzęta. „To tak, jakby nigdy nie widzieli kobiety”, pisze jeden z komentujących całe wydarzenie gości. Inne panie były również obmacywane, zaczepianie, padały w ich stronę niedwuznaczne propozycje. Wydarzenie, które miało być świętem sportów motorowych, stało się piekłem dla kobiet, które nie miały na sobie pomarańczowych koszulek.

 

Potrójny kac

W efekcie GP Austrii skończyło się potrójnym kacem dla Holendrów. Pierwszy nastąpił, gdy ich bożyszcze dojechało na drugim miejscu, przez cały wyścig nie mając szans z potęgą Ferrari. Drugi, gdy wytrzeźwieli po wyścigu, spora część zebranej grupy nadużywała alkoholu. Trzeci zaś dotknął całą Holandię, pokazał bowiem, iż słowa o tolerancji "pomarańczowych", poszanowaniu godności człowieka mają się nijak do ich zachowania i wszystko to tylko puste slogany, gdy w grę wchodzi alkohol i sportowe emocje.

 

Źródło:  Ad.nl
Źródło:  Nu.nl