Czyżby to był koniec rządów Marka Rutte?

Mark Rutte nadal na stanowisku

Wyraźna wygrana w wyborach 17 marca partii VVD wskazywała, iż Mark Rutte może szykować się do czwartej kadencji w roli premiera Królestwa Niderlandów. Ostatnie wydarzenia jednak w parlamencie i ostre starcie przyszłych koalicjantów, rodzi jednak pewne podejrzenia, czy ten „niezatapialny” polityk nie pójdzie w końcu na dno.

Wygrana VVD i wstępna chęć zawarcia koalicji z D66 wskazywała, iż kwestia przyszłego przywództwa politycznego w Holandii jest przesądzona. Na czele gabinetu już czwarty raz miał stanąć Mark Rutte. Tak przynajmniej było do czwartku, wtedy doszło do istnego trzęsienia ziemi na politycznej scenie Królestwa Niderlandów. Przyszli koalicjanci stwierdzili, iż są stanowczo przeciwni obsadzaniu byłego premiera kolejny raz na tym samym stanowisku. Ich zdaniem bowiem pozostawienie go na czele rządu byłoby ogromnym ciosem dla nowo tworzonego gabinetu i pokazaniem środkowego palca wielu wyborcom.

 

Twarz kampanii

Mark Rutte był jedną z podstawowych twarzy VVD w zakończonych dwa tygodnie temu wyborach. To między innymi dzięki niemu Partia Ludowa na rzecz Wolności i Demokracji uzyskała ponad 2 miliony głosów, wyraźnie wygrywając wybory, w trakcie trwającej pandemii COVID-19. To właśnie wspomniany permanentny stan zagrożenia epidemiologicznego sprawił, iż partie praktycznie już w nocy z 17 na 18 marca rozpoczęły rozmowy koalicyjne, by jak najszybciej stworzyć nowy rząd, tak aby mógł on podjąć skuteczną walkę z epidemią. W takiej sytuacji wszystkim wydawało się, iż naturalnym kandydatem na premiera będzie lider zwycięskiej partii. Tak przynajmniej myślano do czwartku.

 

Trzęsienie ziemi

Wtedy to jednak miało miejsce istne trzęsienie ziemi, które obróciło w gruzy wcześniejsze plany koalicyjne. Holenderscy politolodzy mówią, iż niezbędne będą nawet „sesje terapeutyczne”, by przyszli koalicjanci odzyskali zaufanie do siebie i strony powróciły do negocjacji.

Rutte musi odejść

Od dłuższego czasu uważano, iż Mark Rutte powinien odejść. Jego ostatni rząd upadł pod wpływem afery zasiłkowej Belastingdienst. Okazało się bowiem, iż władza wiedziała o całej sytuacji, ale nie nic z tym nie zrobiła. Poszkodowani podali nawet premiera do sądu. Prokuratura jednak umorzyła postępowanie względem Rutte i jego ministrów. Wydawało się więc, iż Rutte to „człowiek z teflonu”, z którego wszystko spływa i nic do niego nie przywiera. W czwartek doszło jednak do poważnego tąpnięcia. Na jaw wyszły dokumenty, dotyczące Pietera Omtzigt’a z CDA i prywatnych ustaleń koalicyjnych Rutte, który uważał, iż trzeba by się pozbyć polityka, który nagłośnił sprawę zasiłków i powiązał je z władzą.

 

Premier kłamie w żywe oczy

Medialne przecieki o usunięciu Omtzigt’a zostały momentalnie zdementowane przez przedstawicieli VVD. Również sam premier powiedział, iż nie wspomniał słowem o Piterze w swoich rozmowach. Problem jednak w tym, iż bardzo szybko okazało się, iż nie jest to prawdą. W czwartek premier jeszcze zaprzeczał, wskazywał, iż nie kłamał. W piątek jednak musiał jednak przyznać się do tej „pomyłki”.

 

Krótkotrwały impas

W efekcie doszło do impasu. Przyszli potencjalni koalicjanci nie chcieli ze sobą rozmawiać. Uważali bowiem, iż premierowi nie można ufać. Co innego bowiem naginać fakty prezentując rzeczywistość obywatelom. Co innego oszukiwać swoich koalicjantów. Nikt nie podejmie rozmów z kimś, kto może go zaraz zdradzić, gdy tylko odwróci głowę.

Jak zakończyć ten parlamentarny pat. Wielu wskazywało, iż jedyną szansą jest odsunięcia Marka Rutte od steru rządu. Kto mógłby go zastąpić? Tu pojawia się problem. W efekcie, w piątkowe popołudnie, „poobijany” premier nadal stara się stworzyć partyjną większość pod swoim przywództwem. Czy mu się to uda? Przekonamy się najprawdopodobniej dopiero po świętach. Czyżby więc holenderski premier jest się w stanie wykaraskać się z każdej opresji? Wiele wskazuje na to, że tak. Co jednak paradoksalne, nie jest to zasługa wyłącznie premiera, a jego przeciwników politycznych, konkurentów, z których żaden nie może poszczyć się taką charyzmą i doświadczeniem, by porwać za sobą parlamentarną większość.