Żona do męża: Idź do holenderskiej prostytutki

Moja historia może wydawać się dość kontrowersyjna, ale zaryzykuję. Mam czterdzieści siedem lat, do Holandii jeżdżę od dwunastu – kawał czasu.

Zdążyłem przyzwyczaić się do podróży busikiem, do wstawania w środku nocy, by na niego zdążyć, do mieszkania w pokoju z dwójką znajomych, nawet do ciężkiej harówki.

Holandia sposobem na kredyt

W Polsce zarabiałem dosyć dobrze, prowadziłem przedsiębiorstwo handlowe, ale koniec końców nie udało mi się osiągnąć jakiś spektakularnych efektów – raz czy dwa razy zdarzyło mi się do niego dokładać, cały czas mając nadzieję, że wyjdę na prostą. Nie wyszedłem – czasem co prawda były delikatne zyski, ale nie na tyle zachęcające, by utrzymać firmę mimo wielu nieprzespanych nocy i zszarganych nerwów. Miałem trzydzieści pięć na karku, kiedy postanowiliśmy z żoną, że spróbuję w Holandii. Jej brat, Filip, jeździł od kilku dobrych lat i bardzo sobie chwalił – szybko kupił mieszkanie, „dorobił się”, a my jechaliśmy na kredycie. Początkowo ten pomysł nie bardzo mi się podobał, ale doszedłem do wniosku, że muszę zaryzykować.
Nie mieliśmy i nadal nie mamy z żoną dzieci (nic nie zapowiada tego, by to się zmieniło), ale jako małżeństwo wiedliśmy dość wygodne życie – lubiliśmy drogie wyjazdy, luksusowe rzeczy, wyjścia do restauracji. Odkąd ją poznałem, chciałem zapewnić jej życie na poziomie – dokładnie takim, jakiego zaznała, wychowując się w domu prawników. Sama poszła na studia prawnicze i otworzyła swoją kancelarię – w przeciwieństwie do mnie, radziła sobie bardzo dobrze. Miała wielu klientów i renomę na mieście – a ja...biznes, który lada dzień miał splajtować. Wyjazdem do Holandii chciałem udowodnić jej, że mogę zarabiać dobre pieniądze – przynajmniej tak dobre, jakie zarabiała ona.

Bolesna rozłąka

Jak już pisałem, wszystko było kwestią przyzwyczajenia. Początki były trudne, ale dawałem radę. Tylko do jednej rzeczy przez kolejne tygodnie, miesiące, lata nie umiałem się przyzwyczaić – do rozłąki. Nie chodziło mi nawet o to, że nie widzę żony, że nie rozmawiamy, że nie dzielimy codziennych trosk – bo dzieliliśmy. Codziennie rozmawialiśmy na kamerce, co sprawiało, że czułem się niemalże jak w domu. Moim problemem od samego początku był dotkliwy brak bliskości fizycznej. Jestem facetem, więc uznałem to za normalne. Zastanawiałem się jak ci wszyscy mężczyźni, zjeżdżający do domu co trzy tygodnie albo i rzadziej, radzą sobie z brakiem kobiety. Po jakimś czasie złapałem się na tym, że nawet nie brakiem swojej żony, ale właśnie brakiem jakiejkolwiek przedstawicielki płci pięknej. Pornografia dawała chwilową ulgę. Potrzebowałem dotyku, pocałunku, erotycznego napięcia. Postanowiłem powiedzieć o wszystkim żonie.

Rozmowy na kamerkach zmieniły znaczenie

Byłem w szoku, gdy dosłownie parę minut po wysłuchaniu mojego smętnego monologu, znalazła na to receptę. Zaproponowała kamerki, na których moglibyśmy wyobrażać sobie, że jesteśmy obok, dotykamy się, pieścimy. Początkowo pomysł wydał mi się dość ciekawy – może to głupie, ale nigdy wcześniej tego nie robiłem, a sam fakt „zakazanego owocu” bardzo przypadł mi do gustu. Któregoś dnia, gdy koledzy pojechali na zakupy – po prostu to zrobiliśmy. Wszystko poszło bardzo intuicyjnie, była ekscytacja, trochę śmiechu, ale i przyjemności. I tak radziliśmy sobie przez kolejne miesiące.

Gdy kamerka to za mało

Nadszedł jednak dzień, którego wolałbym uniknąć w swoim życiu. Tak jak przypuszczałem, seks na kamerkach mimo tego, że miał swój urok – nie był wystarczający. Wiedziałem, że moja żona mnie wysłucha i pewnie tym razem znowu mnie zaskoczy. Zawsze była otwarta, wyluzowana, skupiona na mnie i moich potrzebach. Nigdy nie mieliśmy problemów z rozmową na tematy tabu. Powiedziałem jej wszystko, co czułem – że to nie jest to samo, że potrzebuję prawdziwego seksu, dotyku, zbliżenia. Że jestem facetem, buzuje we mnie testosteron i naprawdę jest mi z tym źle. Oniemiałem kiedy usłyszałem receptę na swoje troski.

- To idź do prostytutki.

Byłem w szoku – tak wielkim szoku, że najpierw zacząłem się śmiać. Ona jednak nie śmiała się wcale – była absolutnie poważna, a w jej tonie nie wyczułem żadnej pretensji, żadnego żalu. Trochę obruszyłem się tym, że nie byłaby o mnie zazdrosna i tak po prostu „oddałaby” mnie innej kobiecie. Po dłuższym zastanowieniu stwierdziłem jednak, że właśnie tego od niej oczekiwałem – konkretnego rozwiązania.

To była ważna decyzja

Po wielu długich, absolutnie szczerych rozmowach ustaliliśmy parę rzeczy – że mam się zabezpieczać (co było dość oczywiste), że mam o każdej wizycie informować żonę (co było raczej krępujące, ale wiedziałem, że tylko wtedy będę całkowicie w porządku – o ile całą tę sytuację można określić w ten sposób), i że nie będę spotykał się z jedną kobietą dłużej niż trzy do pięciu razy (żona stwierdziła, że inaczej mógłbym nawiązać z nią więź). Nie wiedziałem co o tym myśleć, ale cieszyłem się, że ustaliliśmy reguły gry. Trochę zrzedła mi mina, gdy ona zaproponowała, aby była to obopólna korzyść... Mówiła o tym, że można zaprosić do domu pana do towarzystwa – na masaż, na kolację, na seks. Czasem na wspólną kąpiel czy wyjście na miasto.
Zawsze była cudownie wyzwolona, ale teraz wydało mi się to dziwne. Ja miałem spotykać się z kobietami wyłącznie dla chwilowej przyjemności (co niestety mocno je uprzedmiotowiało, byłem tego w stu procentach świadomy), a ona chciała kumpla, towarzysza, partnera – którym byłem ja, ponad tysiąc kilometrów od niej, ale byłem... Miałem poważne wątpliwości, jednak chęć odbycia stosunku stała się silniejsza – zgodziłem się na wszystko.

Mój pierwszy raz

Jak wyglądało moje pierwsze spotkanie? Nie układałem niczego w głowie. Chyba byłem zbyt napalony, by angażować się w pierwszą „randkę”. Dziewczyna była miła, ładna, zadbana. Nie potrzebowałem więcej. Szybko przeszliśmy do rzeczy, całowaliśmy się (żona wcześniej wyraziła na to zgodę), spędziliśmy wieczór w łóżku. Nic wielkiego. Nie było to dla mnie jakieś specjalne wydarzenie, bo – nie mam się czym chwalić – ale zdarzyło mi się zdradzić żonę. To był jeden jedyny raz, który nigdy później się nie powtórzył. Wiedziałem jednak, że nie ma sensu o tym mówić, choć pewnie i tak by zrozumiała. Ja jednak wolałem wymazać ten fakt z pamięci. Gdy na imprezie wypije się za dużo alkoholu, można stracić nad sobą kontrolę. I tak się stało ze mną. Po wszystkim powiedziałem sobie, że to nie byłem ja, nie zachowywałem się jak ja, i że „prawdziwy ja” nigdy nie zdradziłby kobiety swojego życia. Jak widać, dotrzymałem słowa, bo to, co robiliśmy teraz, było w pełni świadome i zrozumiałe - i dla niej, i dla mnie. Poinformowaliśmy siebie nawzajem o swoich potrzebach i znaleźliśmy skuteczne rozwiązanie.

Jak to wygląda po latach?

Jak wspomniałem, pracuję w Holandii już dwanaście lat. Układ z żoną ustaliliśmy na samym początku. Oczywiście o niczym nie powiedzieliśmy ani znajomym, ani rodzinie – wiedzieliśmy, że nie przyjmą tego do wiadomości, będą krzywo patrzeć... po prostu, nie zrozumieją. Na początku, owszem, było dziwnie – pamiętam, że byłem mocno skrępowany na pierwszym spotkaniu, ale teraz, z biegiem czasu, uważam, że była to dobra decyzja. Niektórzy pewnie stwierdzą, że zdradzamy się z żoną nawzajem – ja zdradzam ją z prostytutkami, a ona mnie ze swoimi towarzyszami, z którymi wysyła mi zdjęcia z kina, restauracji czy zwykłego spaceru. Naprawdę bałem się, że mnie zostawi dla młodszego, przystojniejszego, bardziej charyzmatycznego...

Myślałem o tym za każdym razem, gdy z nimi wychodziła. Ale dziś? Dziś nadal jesteśmy szczęśliwym, zgodnym małżeństwem. Rozmawiamy ze sobą o wszystkim, a spotkania opisujemy w najdokładniejszych szczegółach. Gdy wracam – nie wychodzimy z łóżka. Nie wiem czy poleciłbym komuś taki sposób na życie, a właściwie na życie w rozłące, ale nam się sprawdza. Mam nadzieję, że gdy postanowimy, bym wrócił do Polski na stałe, będziemy umieli wrócić do dawnego trybu – trybu z jednym, stałym partnerem seksualnym.

Rozmawiajmy o potrzebach

Jaki jest morałł tej mojej historii? Myślę, że powinniśmy zacząć rozmawiać w związkach o potrzebach. Pamiętam jak moje wcześniejsze partnerki bały się poruszać wiele istotnych tematów – a przecież seks jest bardzo ważną kwestią w związku. Jestem pewien, że gdyby nie moja żona, nie otworzyłbym się na to co dziwne, inne, zakazane. Z resztą – jak myślicie, dlaczego nikt z naszego otoczenia nie ma pojęcia o tym, co robimy, gdy ja jestem w Holandii, a ona zostaje w domu? Kiedyś znajomy napisał mi na portalu społecznościowym, że widział Izę z jakimś facetem na basenie.

Uśmiechnąłem się tylko, bo chwilę wcześniej dostałem od niej zmysłowe selfie w bikini. Wiem, że wielu ludzi nie zrozumie tego co robimy, ale wiecie co? Chyba wolę żyć w ten sposób niż być w tradycyjnym związku, w którym nie dzieje się kompletnie nic. W takiej relacji, gdzie dwoje ludzi żyje razem, a jednak osobno. Gdzie mąż nie ma pojęcia o tym, co lubi żona w łóżku i nie tylko, a żona wstydzi się pokazać nago przy zapalonym świetle. Zawsze jednak z utęsknieniem wracam do domu... i do sypialni mojej Izy.