Polak na ulicy a Holender w kawiarni czyli…

... palenie w Helmond

 

Legalne zapalenie jointa w Holandii to dla niektórych punkt obowiązkowy wyjazdu do tego małego kraju. Nie wszędzie jednak turysta może robić to legalnie. W miastach takich jak Helmond palenie „zioła”, stało się nawet zarzewiem społeczno-politycznej dyskusji.

Prawo

W Holandii posiadanie miękkich narkotyków jest zabronione, ale niepenalizowane (do 5 gram). To oznacza, iż przynajmniej w teorii możemy spokojnie skosztować marihuany. W praktyce z kupnem nie zawsze jest tak łatwo, jak można by się spodziewać. W 103 z 380 gmin Królestwa Niderlandów sprzedaż narkotyku w coffeeshopie odbywa się tylko za okazaniem dowodu osobistego. Jeśli więc nie jesteś Holendrem lub nie mieszkasz tam na stałe, możesz zapomnieć o zakupach.

 

Helmond

Taka sytuacja ma właśnie miejsce w Helmond. W tej niedużej, holenderskiej miejscowości kwestia miękkiego narkotyku doprowadziła do niemałej debaty. Właściciele i stronnicy tamtejszych coffeeshopów ścierają się w tej konfrontacji z lokalną władzą. Biznesmeni wskazują na jeden podstawowy aspekt całego zakazu – nieopłacalność. Właściciele lokalu mówią, iż praktycznie codziennie muszą odmówić jakiemuś obcokrajowcowi sprzedaży narkotyku. Potencjalny klient wychodzi więc z lokalu z przysłowiowym kwitkiem.

Taka sytuacja z punktu widzenia lokalnych władz jest idealna. Przepis bowiem zapobiega tak zwanej turystyce narkotykowej, polegającej na tym, iż obcokrajowcy przyjeżdżają do miasta nie po to, by zwiedzać jego zabytki czy podziwiać piękno tamtejszych krajobrazów, a po to, by odpłynąć w chmurze konopnego dymu. Działania tego typu prowadzone są zresztą nie tylko przez Helmond. We wspomnianych 103 gminach z podobnym zakazem możemy znaleźć między innymi Maastricht i Bredę.

 

Z prawem na lewo

Wniosek ten wydaje się jednak niedorzeczny dla sprzedawców. Ich zdaniem nie można porównać Helmond do wspomnianych wyżej dwóch miast. Tamte metropolie położone są bardzo blisko granicy i odwiedzane są przez dziesiątki turystów. Helmond nie jest nawiedzane przed gości z zagranicy. Wyjątkiem są Polacy i inni pracownicy tymczasowi pracujący w okolicznych firmach. Ludzie ci, jeśli będą chcieli kupić sobie „trawkę” i tak to zrobią.

Wystarczy bowiem iż odejdą parę kroków od coffeeshopu, a spotkają lokalnego dealera. Ten zaoferuje im towar bez pytania o dokumenty. Ponadto „trawka” spod płaszcza będzie tańsza niż ta w lokalu. Szara strefa nie musi bowiem odprowadzać podatków do budżetu miasta. W ten sposób zdaniem sprzedawców miasto z własnej woli napędza półświatek. Do takiego wniosku doszły między innymi władze Den Bosch, Tilburga i Eindhoven, znosząc zakaz sprzedaży dla obcokrajowców. Holandia doprowadziła bowiem swego czasu do sytuacji, w której zwykły Holender nie kupował towaru na ulicy. Mało kto, mając do dyspozycji ogromny wybór w coffeeshopie, decydował się na niepewny narkotyk na ulicy. Robili to tylko ci, którym żal było paru euro lub dzieciaki, które ze względu na wiek nie mogły kupować używki legalnie. Teraz do grupy tej doszli jeszcze niejako z musu Polacy.

Podwójne straty

W ten sposób władze miasta tracą podwójnie, nie tylko jak już wspominaliśmy finansowo, ale również i dobrowolnie pozbawiając się wiedzy na temat ilości sprzedawanego narkotyku. Wzrost szarej strefy to zaś wzrost przestępczości i gangów zajmujących się uprawą i dystrybucją na lokalnym terenie.

Sprzedawcy mnożą więc argumenty przemawiające za zniesieniem zakazu dla obcokrajowców. Lokalne władze zasłaniają się jednak tym, iż ratusz nie odnotował sygnałów, by kryterium narodowościowe prowadziło do negatywnych skutków. Zamiast tego samorządowcy proponują wydanie pozwolenia na kolejny coffeeshop, w którym zakazy oczywiście też będą obowiązywać.

W efekcie obcokrajowcy pracujący w Helmond jeszcze długo nie będą mogli kupić legalnie „małego dymka”.