Córka szefa

Dzisiaj przedstawiamy pierwszą część opowiadania pt. "Córka szefa". Opowiadanie powstało na kanwie prawdziwych wydarzeń. Miejsca i dane osób na ich prośbę zostały zmienione.

Odcinek I: No to Holandia!

Syn pijaka

Usłyszałem dźwięk budzika. Druga trzydzieści. Szybki prysznic, toaleta, kanapka jedzona w biegu. Sprawdzenie bagaży. Za dziesięć trzecia miał podjechać Szymon. To działo się naprawdę. Właśnie teraz, dziś, tej nocy... wyjeżdżamy do Holandii. Nie mogłem w to uwierzyć. Kiedy rodzisz się na wsi, wychowujesz na wsi i generalnie całe Twoje życie kręci się wokół małej wioski na Podlasiu o urokliwej nazwie Radziwiłłówka – nie wybrzydzasz. Bierzesz co jest – dzieciństwo jakie jest, okres nastoletni, dziewczyny, które się do ciebie uśmiechają na szkolnych dyskotekach, a potem pracę – najczęściej za marne grosze. Tu każdy zna każdego, wszystko jest wspólne – dzielimy codzienność, problemy, lepsze i gorsze dni. Razem stoimy pod płotami, czekamy na kolędę, rozmawiamy, próbując przedrzeć się przez hałas biegających po łąkach dzieci. To właśnie one mają tu szczególnie dobrze – jeśli miałbym komuś życzyć życia na Podlasiu, to właśnie w okresie dzieciństwa. Piękny czas na łąkach, rowerach czy boisku. Od dziecka byłem wesoły, rezolutny, wszędzie mnie było pełno – takie żywe srebro, jak to mówił tata – ale dorastanie nie było już takie kolorowe.

Ojciec zginął w wypadku samochodowym – miał dwa promile, zabił siebie i kolegę z Wiejskiego Koła Rybackiego. To był moment, kiedy większość wioski po prostu się ode mnie odwróciła – nie byłem już kumplem, kolegą z klasy czy z meczu, nie byłem tym wesołym Marcinem z blizną na policzku, której nabawiłem się w szóstej klasie. Byłem synem nawalonego faceta, który wjechał w słup i pozbawił żony męża, a dzieci ojca. Szkoda, że nikt nie myślał o tym, że ja też go właśnie straciłem. Moja mama początkowo znosiła to całkiem nieźle – wydawało mi się, że trudniej było pogodzić się jej ze śmiercią męża, niż z tymi perfidnymi okolicznościami – chodziła normalnie do pracy, była opiekunką w wiejskiej świetlicy, prowadziła zajęcia plastyczne.

Radziliśmy sobie jako tako, ale pomagał nam wujek, brat mamy – przysyłał pieniądze, czasem paczki z ubraniami dla mnie. Tak jak ona, uwielbiał malować – wyjechał do Krakowa na Akademię Sztuk Pięknych, a mama została tutaj – z tatą i ze mną. Wybrała Podlasie, gdzie czas płynie wolniej, zamiast neonowego, pulsującego energią miasta. Gdy dorosłem i poszedłem do zawodówki, miałem jej to za złe. Być może teraz byłbym kimś innym, robił co innego i czuł się inaczej. Wtedy zrozumiałem, że aby coś osiągnąć, nie mogę dłużej zostać w rodzinnych stronach.

Co po szkole?

To właśnie z Szymonem trzymałem się od dziecka. Jako jeden z nielicznych, po przykrych wydarzeniach, związanych ze śmiercią taty, okazał mi odrobinę wsparcia. Nie słuchał tego, co mówią inni, choć wiem, że jego rodzice kręcili nosem, że znów idzie do Marcinka. Ale Marcinek bardzo go wtedy potrzebował. Poszliśmy do jednej szkoły i jednej klasy. Byliśmy sobie naprawdę bliscy. Nie miałem rodzeństwa, ale nie przeszkadzało mi to – był Szymon, którego traktowałem jak brata. Nie wiem co bym zrobił, gdybym stracił go przez tamto zamieszanie. Nasza relacja była przykładem na to, jak silna i solidna może być męska przyjaźń. Wybraliśmy zawód piekarza, bo zarówno jemu, jak i mnie, mama powtarzała, że chleb i bułki ludzie zawsze będą kupować. Stwierdziłem, że coś w tym jest, więc poszedłem.

Cieszyłem się na myśl, że będziemy dojeżdżać do pobliskiego miasteczka – że poznamy nowych ludzi, przede wszystkim nowe dziewczyny, bo córki sąsiadów z Radziwiłłówki znaliśmy już na pamięć. Większość była pozajmowana albo nie bardzo zainteresowana. Miasteczko dawało nam nowe możliwości. Pamiętam, że któregoś dnia, gdy rok szkolny trwał w najlepsze, a my odbywaliśmy praktyki w małej piekarni u pani Wiesi, spytałem Szymona co chce robić po szkole.

- No jak to co? Bułki sprzedawać.

Nie minęło parę sekund, a on zaczął się śmiać do rozpuku. Wtedy zrozumiałem, że ma podobne podejście do mnie – choć nigdy nikomu nie mówiłem o tym, jak bardzo chcę wyjechać ze wsi i zacząć życie na nowo. Cieszyłem się, że wybadałem Szymka, i że mamy podobne spojrzenie na świat. Mieliśmy ambitne plany i wiedzieliśmy, że się uda.

- Ty masz wujka w Krakowie, tobie będzie łatwiej – zaciągał się papierosem na przerwie – Ja muszę uderzyć inaczej... Myślałem o Białorusi, ale tam nic nie ma. Teraz ludzie jeżdżą za kasą za granicę, tu w Polsce nie dostaniesz więcej niż najniższa. No chyba, że ci się w tym Krakowie uda... Ale co ty byś właściwie tam robił?

-  Jak dobrze zapłacą to mogę mu pędzle czyścić!

- Wiesz, że to źle zabrzmiało?

Teraz śmialiśmy się już razem. Tamtego dnia, jak nigdy, poczułem, że nasza przyjaźń jest czymś naprawdę wyjątkowym. Mieliśmy wspólne przeżycia i wspólne plany – wspólne, ale bez siebie.

-  A gdzie Ty za tą granicę chcesz?

- A co, szkoda ci zostawiać kolegi? Jeszcze jest trochę czasu do egzaminów, zastanowię się, to ci powiem.

Tamtego wieczoru długo myślałem o przyszłości. Mogłem zostać na Podlasiu z mamą i piec bułki dla pani Wiesi, co od razu wykluczyłem. Mogłem pojechać do wujka i spróbować sił w Krakowie. Mogłem pojechać też z Szymkiem, zupełnie w ciemno, ale mając z sobą kogoś, komu ufam. Tej nocy nie umiałem zasnąć.

Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana

Pamiętam, że w dzień egzaminu zawodowego było mi strasznie niedobrze. Od rana siedziałem w łazience, zamknięty ze swoim stresem i zmartwieniami, a mama zza drzwi próbowała mnie uspokoić. Nie mam pojęcia, czemu się tak stresowałem, ale po czasie dotarło do mnie, że od egzaminu uzależniłem swoją dalszą przyszłość. Ubzdurałem sobie, że jak nie zdam, będę nikim. W tamtym czasie wiele uzależniałem od tego, co zewnętrzne – od wyglądu, papierka z wykształceniem czy fajnego auta. Chciałem to wszystko mieć. Stresował mnie egzamin, ale jeszcze bardziej to, co potem. Gdzie pojadę? Co zrobię? Ile będę zarabiał? Czy w ogóle utrzymam się samodzielnie? Co powie mama, gdy okaże się, że jej ukochany jedyny Marcinek wyjeżdża w siną dal?

- Dawaj Marcin! Jedziemy po swoje!

Wyszedłem z łazienki. Mama spojrzała na mnie tak, jak bym już zdał ten egzamin. W jej dużych, zielonych oczach widziałem prawdziwą dumę.

- Poradzisz sobie, wiesz o tym. - pocałowała mnie w policzek – To ważny dzień, tata trzyma za ciebie kciuki. Ja też – skrzyżowała palce – Idź już, bo Szymon zedrze gardło. Zrobię szarlotkę po pracy, dobrze?

Uśmiechnąłem się. Szarlotka mamy była moim ulubionym ciastem.

No i pojechaliśmy. Gdy wchodziłem na salę, cały się trzęsłem. Na szczęście wykonałem większość zadań. Gdy po wszystkim porównywaliśmy wyniki, czułem się spokojny.

-  To co Marcinek, na browara? - zagaił Szymon.

-  A może na szampana?

Wydaliśmy ostatnie pieniądze na jakieś tanie wino musujące. W ulizanych włosach i garniturach poszliśmy do lasu, by opróżnić zieloną butelkę.

-  Do oficjalnych wyników jeszcze trochę – poczęstował mnie papierosem. Do szampana smakowały jeszcze lepiej. - Co robimy potem?

-  Idziemy na szarlotkę do mnie.

-  Wiesz o co pytam. Jedziesz ze mną?

- Jadę.

- Poważnie?

- No tak.

Nie mógł uwierzyć w to, co słyszał. Zawsze był wariatem, pozytywnie zakręconym chłopakiem z burzą blond loków i niewyparzoną gębą. Teraz zaniemówił, a ja zacząłem klaskać.

- Muszę zapisać ten dzień w pamiętniku – stwierdziłem – Co się stało, że Szymon nie wie, co powiedzieć?

Wymieniliśmy przyjacielski uścisk. Jak brat z bratem, jak kumpel z kumplem, którzy znają się całe życie. W tamtej chwili, w skąpanym słońcem lesie, w eleganckich ubraniach, z pustą butelką po szampanie, poczuliśmy, że świat stoi otworem.

- Orzeł to Holandia, reszka to Niemcy.

Rzuciliśmy monetę. Od jej ułożenia zależał cel naszej podróży.

- Orzeł.

- No to Holandia!

Pożegnanie z domem

Tamtego dnia wróciłem do domu w skrajnych emocjach. Z jednej strony byłem przeszczęśliwy, że jadę w świat z Szymonem, swoim najlepszym kumplem, z drugiej – było mi źle, że zostawiam mamę, że będziemy widywać się sporadycznie, że nasza wspólna codzienność zniknie. Jak na chłopaka, miałem z nią naprawdę świetny kontakt. Odkąd zmarł tata i cały świat był przeciwko nam, obiecałem sobie, że nigdy nie sprawię jej bólu. Nie będę się upijał na imprezach klasowych, nie zrobię dzieciaka przypadkowej dziewczynie, nie będę ranił, czerpiąc z tego satysfakcję. Chciałem pokazać jej, że jestem dojrzały, odpowiedzialny, i że poradzę sobie w życiu.

- Szarlotka gotowa!

Usiedliśmy do stołu. Opowiedziałem jej o egzaminie, o nerwach, o tym, co zostało zadane. Cały czas się uśmiechała, jak by nie mogła uwierzyć, że jej mały Marcinek kończy zawodówkę.

- Będziesz pracował u Wiesi?

Spojrzałem na nią przepraszającym wzrokiem, choć przecież nie zrobiłem nic złego.

-  Jadę do Holandii z Szymonem... Chcę zarobić na remont domu, odświeżyć piętro, może zamieszkać tam kiedyś z żoną i dziećmi. Ty byłabyś z nami na dole... - jęknąłem, nie mając pewności czy to prawda. Nie wiedziałem, czy w ogóle wrócę, ale nie chciałem pozbawiać jej nadziei. - To chyba dobry plan. Bez pieniędzy nic się nie zrobi, a parę miechów w Holandii, może pół roku, może rok... szybko zleci.

- Macie coś na oku?

Zaskoczyło mnie to pytanie. Spodziewałem się innej reakcji, ucieszony zacząłem opowiadać o pracy w Hillegom – o lokalnej piekarni z tradycjami, o dobrych zarobkach, zamieszkaniu przy samym miejscu pracy, pięknej okolicy, o tym, że nie trzeba znać języka. Słuchała mnie z zaciekawieniem, a gdy skończyłem, po prostu podeszła do mnie i przytuliła.

- Jeśli tak czujesz, to jedź.

- Będziesz trzymać za mnie kciuki, jak dzisiaj?

Spojrzała na mnie radośnie i dołożyła szarlotki.

- Zawsze trzymam za Ciebie kciuki.

Czytaj kolejną część