Córka szefa cz. 3

Dzisiaj przedstawiamy trzecią część opowiadania pt. "Córka szefa". Opowiadanie powstało na kanwie prawdziwych wydarzeń. Miejsca i dane osób na ich prośbę zostały zmienione.

Idź do części drugiej

Odcinek III: Kiedy ją poznałem

Dobre złego początki

Minęły trzy tygodnie od przyjazdu do Hillegom, a ja byłem zakochany w tym miejscu po uszy. To dziwne i rzadko spotykane – wiem, bo rozmawiałem z wieloma znajomymi, którzy zahaczyli się w Holandii, większość z nich narzekała na szefów, pracę, mieszkania – ale podobało mi się tu właściwie wszystko. Lubiłem swoją pracę, która zaczęła przynosić mi większą satysfakcję – i pieniądze. To, co dostawałem od Majstra znacząco różniło się od wypłaty z praktyk. Lubiłem to, że szef naprawdę się angażował – mimo mnóstwa zajęć, codziennie oglądał, pytał czy wszystko w porządku, jak się nam pracuje. Widziałem w nim autentyczną chęć zbudowania bardzo dobrej relacji. Sama w sobie piekarnia była doskonale zorganizowana – choć niewielka, mieliśmy z Szymonem swoje stanowiska pracy, a nasi koledzy z Holandii, których imiona ciężko było nam zapamiętać, pomagali, gdy tylko tego potrzebowaliśmy.

Żona Majstra, starsza pani w okularach i szmince, traktowała nas z szacunkiem, ale i troską. Nie wiedzieliśmy czy ma dzieci czy wnuki w naszym wieku, jednak szybko znalazła z nami wspólny język i interesowała się „tymi chłopcami z Polski”, co oczywiście bardzo nas cieszyło. Cieszył nas też fakt, że mieliśmy sporo wolnego – zgodnie z umową pracowaliśmy na nocki, a za dnia spaliśmy albo spacerowaliśmy. Letnie miesiące w Hillegom potraktowaliśmy trochę jak wakacje – wczasy w uroczym hotelu, z praktykami w renomowanej, rodzinnej piekarni, w dodatku z pieniędzmi w prezencie. Po jednej z nocek Szymon otworzył piwo i rzucił monetą.

- Pamiętasz?

Jasne, że pamiętałem. Mimo tego, że minął niespełna miesiąc, dużo myślałem o mamie, rodzinnym domu, i o tym, co by było, gdyby moneta pokazała reszkę. Czy teraz byłbym w Niemczech, równie szczęśliwy i zadowolony z życia? O smutnym Podlasiu, krzywo patrzących sąsiadach i marnych groszach, które ledwo starczały na jedzenie, wolałem nie pamiętać.

- Jeszcze tylko się zakochać i będzie komplet – oznajmił z zadowoleniem w głowie – Dobra praca, samochód, który się kupi za jakiś czas i piękna kobieta u boku.

- Jakoś tych kobiet nie widać. Do klientek będziesz zarywał?

- Jak trzeba będzie to i do klientek. A może któraś da się porwać urokowi Szymona?

W to akurat nie wątpiłem.

- Swoją drogą – przechylił puszkę z piwem – Aaltie mówiła dzisiaj, że w niedzielę Majster kończy sześćdziesiątkę. Ponoć mają taką tradycję, że zapraszają pracowników na obiad. Myślisz, że mają drugą piekarnię z żeńskim składem?

Spojrzeliśmy na siebie wymownie. Nie byłem tak otwarty jak Szymon, ale w głębi duszy musiałem przyznać się sam przed sobą, że chciałbym się zakochać.

- Nie wiem czy kogoś poznamy, ale przynajmniej zjemy normalny, ciepły obiad – ucieszyłem się – No i trzeba by było kupić jakiś prezent.

- Prezent to ja już mam! - nim zdążyłem się obejrzeć, Szymon wyjął z torby pół litra czystej wódki – Symbolicznie, ale jest!

- Z takim prezentem na pewno damy radę.

- Marcinek... Bo jak nie my, to kto?

Nektar bogów

Niedziela nadeszła szybciej, niż w ogóle moglibyśmy przypuszczać. Odespaliśmy nockę, zapaliliśmy papierosa, ubraliśmy normalne ciuchy. Na co dzień chodziłem w dresach i t-shircie, ale urodziny szefa były wyjątkową okazją. Co prawda nie przewidziałem rodzinnego obiadu u kierownika piekarni, co więcej, jak się później okazało, w jego prywatnym domu – ale starałem się wyglądać jak człowiek. Zarówno ja, jak i Szymon czuliśmy się nieco zakłopotani, a na pewno mocno zaskoczeni takim obrotem spraw, ale zaproszenie pod dach Majstra jeszcze bardziej utwierdziło nas w przekonaniu, że, dokładnie tak jak mówił kierowca, jest to równy gość.

Obiad rozpoczynał się o czwartej, daleko nie mieliśmy. Aaltie pokierowała nas, wykonując śmieszne ruchy dłonią – wiedzieliśmy, że ich dom jest blisko, ale nie mieliśmy pojęcia, że aż tak. Od piekarni do rezydencji Majstra był niecały kilometr – wyszliśmy z hotelu dziesięć minut przed czwartą. W drodze zadzwoniłem do mamy, by usłyszeć co u niej.

- Nie martw się, radzę sobie. A ty się tam zachowuj, żeby szef sobie o was nie pomyślał. Macie w ogóle jakiś prezent?

- Szymon, mamy jakiś prezent dla Majstra? - zacząłem się śmiać, wciskając komórkę Szymkowi.

- Tak, pani Helenko! Niesiemy Majstrowi nektar bogów!

Rozmowa z mamą nieco nas rozluźniła – widok domu szefa sprawił, że znów poczuliśmy się nieswojo. Jego rezydencja była naprawdę okazała, otoczona wysokim żywopłotem, a jednak widoczna z uliczki. By się dostać do środka musieliśmy wcisnąć przycisk video domofonu. Po takim widoku z zewnątrz, mogliśmy tylko przypuszczać co znajduje się wewnątrz. Założyłem się z Szymkiem, że mają siłownię, saunę i basen w piwnicy.

- Zapraszam, zapraszam – odezwał się głos szefa, a my weszliśmy do środka. Dopiero teraz mogliśmy zobaczyć wypielęgnowany ogród i mini fontannę.

Całość prezentowała się wspaniale. Myślę, że dopiero w tamtej chwili, odwiedzając Majstra, widząc jego piękny dom, kochającą żonę, gromadkę dzieci i zaufanych pracowników, mogłem zobaczyć różnicę poziomów życia, chociażby między nim, a mną i mamą. Zrobiło mi się odrobinę przykro, ale zaraz później przypomniałem sobie, że przecież jestem tu po to, aby, między innymi, poprawić swoją sytuację materialną.

Weszliśmy do środka po marmurowych schodach – drzwi otworzył nam solenizant, jeszcze bardziej wystrojony niż zwykle – dziś zamiast klasycznego, grafitowego krawatu miał pomarańczowy w egzotyczne wzory, a w butach – czarnych i eleganckich jak zawsze – sznurówki w kolorach tęczy. Odruchowo pomyślałem, że w Polsce żaden sześćdziesięciolatek nie ubrałby się w ten sposób.

- Cóż za stylizacja, panie prezesie! - Szymon był w szampańskim nastroju – Czy to na pewno sześćdziesiątka? A może osiemnaście, co?

- Cieszę się, że jesteście. Siadajcie do stołu.

- Najpierw życzenia i prezent. Ode mnie i Marcina, tradycyjny polski napój.

- Tak zwany nektar bogów – spojrzałem ironicznie na Szymona. Majster zaczął się śmiać, a my trochę wyluzowaliśmy.

- Wszystkiego najlepszego i pociechy z pracowników – uśmiechnąłem się.

- Pociecha jest, bo i bułki dobre! Ale dziś nie o bułkach. Za chwilę Lena poda obiad.

Lena okazała się być pomocą domową w średnim wieku. Była uśmiechnięta, jak chyba wszyscy w jadalni, elegancko ubrana i zadowolona z tego, że pracuje dla Majstra.

- Dzień dobry – przywitaliśmy się po polsku.

Część spojrzała na nas z niezrozumieniem, inni odpowiedzieli „dzień dobry” czy „witaj”. Cała ta sytuacja wydawała nam się dość zabawna. W dużej, przestronnej jadali, urządzonej w nowoczesnym stylu, znajdowało się może trzydzieści osób. Był Majster, jego żona, kilka mężczyzn około trzydziestki i, ku naszej uciesze, parę dziewczyn w naszym wieku. Nie mieliśmy pewności co do ich metryki, ale wyglądały młodo, zdrowo i przede wszystkim pięknie.

- Nie dość, że zjemy, to jeszcze nacieszymy oko – szepnąłem do Szymona, zdziwiony swoim zachowaniem. To chyba widok tylu nowych twarzy, szczególnie tych kobiecych i radosnych, sprawił, że naprawdę chciałem tu być.

Podano do stołu

Na obiad serwowano tradycyjny stamppot, który jadłem po raz pierwszy i erwtensoep, która w smaku przypominała grochówkę. Nie mam pojęcia, kto gotował, ale wszystko było domowe i pyszne – aż zatęskniłem za zupami mamy. Po obiedzie podano deser – haagse, które bardzo mi zasmakowało i oczywiście alkohol. Nie wiedziałem, co piję, ale było bardzo dobre i pomagało wrzucić na luz. Kiedy trzymaliśmy kieliszki w dłoni, szef wygłosił jakąś krótką mowę. Mówił dość szybko i po holendersku, mogliśmy tylko zgadywać, że dziękuje przybyłym za obecność, że cieszy się z rodziny, pracowników, faktu, że może świętować urodziny w taki, a nie inny sposób. Zrobiło nam się trochę głupio, kiedy dostrzegliśmy jakiego typu prezenty przyjmował od innych gości – nasza wódka wyglądała przy nich żałośnie. Szybko stwierdziliśmy jednak, że jeszcze nadrobimy, a teraz powinniśmy korzystać z tej wyjątkowej okazji.

- Podbiję do tej brunetki – powiedział zdecydowanym głosem. Spojrzałem na Szymona, aby upewnić się, że jeszcze nie jest piany.

- Widzisz tę dziewczynę? Jesteś przystojny, ale to nie twoja liga. Nawet na ciebie nie spojrzy.

- Założysz się?

Właśnie tego mu zazdrościłem. Jeszcze nie dopił kieliszka, a już stał przy olśniewającej brunetce i czarował. Tak łatwo mu to przychodziło – może dlatego, że nie bał się porażki. Patrząc na zadurzonego Szymona, zastanawiałem się, w jakim języku z nią rozmawia. A może wystarczyła mowa ciała? Coraz bardziej nabierałem ochoty, by do którejś podejść.

- Hej – usłyszałem spokojny, ciepły głos. Obejrzałem się. - Mama mówiła, że zajadałeś się haagsche, przyniosłam dokładkę.

Nie wiedziałem jak zareagować. Po prostu wziąłem deser i podziękowałem. Przez ułamek sekundy patrzyła na mnie najpiękniejsza kobieta pod słońcem. Przeszło mi przez myśl, że Majster wynajął hostessy czy modelki – to było wręcz nieprawdopodobne. Brunetka, z którą rozmawiał rozochocony Szymon była jedną z najbardziej urodziwych kobiet, jakie w życiu widziałem, ale dziewczyna, podająca mi deser biła ją na głowę. Przez chwilę nie umiałem wydusić z siebie słowa – nawet ucieszyłem się, że odeszła, bo pewnie wyszedłbym na głupka. Zrobiło mi się ciepło na sercu, że żona szefa tak dba o gości, a z drugiej strony czułem się żałośnie z myślą, że nie porozmawiałem z tamtą dłużej. W głębi duszy coś podpowiadało mi, że to jedna na milion.

Nie byłem w stanie zjeść deseru. Wypiłem trzy kieliszki i postanowiłem odszukać tę dziewczynę. Pomieszczenie było duże, a ja z ogromną starannością wypatrywałem blond loków i brązowych, sarnich oczu. Jezu... Nigdy wcześniej nie widziałem tak pochłaniających źrenic. Zerknąłem na Szymona, doskonale się bawił. Chciałem być taki jak on, umieć podejść, po prostu się przywitać. Ledwo wszedłem w dorosłość, może jeszcze nie do końca wypracowałem w sobie męskość i decyzyjność, ale naprawdę próbowałem. Otuchy dodawała mi myśl, że – obiektywnie – jestem całkiem przystojny, a być może ona zwraca uwagę na wygląd.

Pomyślałem, że gdyby zwracała na charakter, już nigdy później ze mną nie porozmawia przez tę sytuację z deserem. Musiała widzieć moje zakłopotanie, mój szok, te wszystkie emocje, jakie mną targnęły w tamtej chwili. Pewnie uznała mnie za idiotę. Wreszcie wypatrzyłem ją, siedzącą na jednej z kanap. Rozmawiała z jakąś dziewczyną, pewnie krewną – Majster ewidentnie miał dobre geny – poczekałem więc, aż tamta pójdzie – i wtedy wszedłem do gry.

Piękność wenecka

- Dziękuję za deser. Fajnie, że mówisz po polsku, bo angielskiego cały czas się uczę.

- Nasz pradziadek urodził się w Polsce, często mówimy w domu w tym języku. Jest cholernie trudny – uśmiechnęła się delikatnie -  Przyjechałeś do ojca do pracy?

- Tak, jestem piekarzem. Pierwszy kontrakt na pół roku, więc jeszcze chwilę będziemy sąsiadami.

I właśnie wtedy pojawił się szef. Rozsiadł się na kanapie i dolał do kieliszka.

- Widzę, że poznałeś moją najmłodszą Sandrę. To włoskie imię, a Sandra jest owocem wakacji w Wenecji. Prawda, Sandi?

-Tato... - jej alabastrową twarz oblał dziewczęcy rumieniec. Onieśmielona wyglądała jeszcze bardziej seksownie.

      -No kiedy taka prawda... Tak czy inaczej, wiesz, że cię kocham. Cieszę się, że zeszłaś chociaż na chwilę.

- Zaraz wracam na górę. Olivia zasnęła, a z Sarą został Thijs.

- Same dziewczyny w tej rodzinie! - zaśmiał się szef – Kiedy wreszcie będzie syn?

Sandra skarciła go spojrzeniem. Gdy poszedł, poczuliśmy ulgę.

       - Naprawdę masz dzieci? Wybacz, że pytam, ale wyglądasz bardzo młodo.

- Wszyscy mi to mówią. Mam dwadzieścia cztery lata i jestem mamą rocznych bliźniaków, więc posłuchaj dobrej rady starszej koleżanki, zastanów się dobrze, zanim zdecydujesz się na dziecko.

- Skąd wiesz, że jestem młodszy? - odważyłem się spojrzeć w głębie tych brązowych oczu. Nie wiedziałem co mnie w nich spotka, ale chęć była silniejsza. Ku mojemu zdumieniu zobaczyłem w nich serdeczność i ciepło.

- Widzę, że cię onieśmielam. Nie jest tak?

Zatkało mnie. Znowu nie wiedziałem co powiedzieć, a moje plecy zlały się zimnym potem. Czy właśnie najpiękniejsza istota na ziemi, w dodatku matka dwójki dzieci, starsza ode mnie o całe pięć lat, co w tej chwili nie miało absolutnie żadnego znaczenia... flirtuje ze mną? Jeszcze raz spojrzałem w jej oczy. Miałem nadzieję, że wyczyta odpowiedź.

Idź o część czwartej