Córka szefa cz. 2

Dzisiaj przedstawiamy drugą część opowiadania pt. "Córka szefa". Opowiadanie powstało na kanwie prawdziwych wydarzeń. Miejsca i dane osób na ich prośbę zostały zmienione.

czytaj pierwszy odcinek

Odcinek II: Nowe życie – czas start?

Kumpel zamiast dziewczyny

Bus podjechał punktualnie kwadrans po trzeciej. Przed Nami trzynaście godzin drogi do Hillegom. Trochę pogadałem z Szymonem, trochę pożartowaliśmy z kierowcą, a później poszedłem spać. Zawsze tak miałem, że gdy angażowałem się w coś mocno, to uciekałem w sen. Nie pamiętam dwóch, trzech miesięcy po śmierci ojca, bo najzwyczajniej w świecie spałem. Zaszyłem się w pokoju pod kołdrą i czułem się bezpiecznie. Ale teraz było inaczej. Zamknąłem oczy i odpłynąłem, z jakąś taką dozą spokoju. Wiedziałem, że czeka na mnie coś wyjątkowego, ale jeszcze nie wiedziałem co. Może sprawdzę się jako piekarz i na nowo pokocham ten zawód? Może ktoś mnie dostrzeże? A może wreszcie się zakocham i naprawdę wyremontuję piętro? Ta niepewność całkiem mi się spodobała. Co do zakochania, nigdy nie byłem specjalnie romantyczny. Kobiety postrzegałem... normalnie, o ile można to określić w ten sposób. Owszem, lubiłem je, lubiłem miękkość ich skóry, połysk włosów. Lubiłem, że są takie nieśmiałe, tajemnicze, że zamiast podejść i pogadać, będą trzepotać rzęsami i zachęcać uśmiechem. Ja sam byłem dość zamknięty w sobie, a to dawało mi pewną przestrzeń. Nigdy jednak nie doznałem uczucia zakochania, niewiele też o nim słyszałem. Szymon nie miał dziewczyny, ja też nie miałem. Nasza przyjaźń zastępowała nam chodzenie na randki, jakkolwiek dziwnie to brzmi. Kumple wychodzili z dziewczynami, a my szliśmy z piwkiem do lasu – i bardzo dobrze się bawiliśmy. Jakoś nie potrzebowałem kobiety, nie czułem, że mogę się zakochać, tak prawdziwie, tak na zabój. Podświadomie jednak bardzo tego chciałem – wiedziałem, że mogę otworzyć swoje serce na kogoś innego niż mama czy Szymon, a gdy to się stanie, będę wiedział, że to ta właściwa.

Po co jadę?

Kiedy się obudziłem, pozostało siedem godzin drogi. Szymon dyskutował z jakimś młodym chłopakiem, siedzącym za nami.

- Jedziesz do Holandii zarobić? A co dalej? Czerp z tego miejsca, czerp z nowych doświadczeń! Życie to nie tylko kasa! - angażował się.

Uśmiechnąłem się pod nosem, lubiłem w nim to, że napędzał ludzi do działania, dodawał im odwagi.

- Zobacz – kontynuował – ja jestem biedny jak mysz pod miotłą, jedziemy z Podlasia, a to już coś znaczy. Ale nie nastawiam się tylko na kasę! Chcę poznać ludzi, kulturę, chcę doświadczać, chcę oberwać, a potem wstać, rozumiesz?

- I może jeszcze zacząć nowe życie? - wbił szpilę tamten.

- Oczywiście, że tak! Chłopie, jesteśmy młodzi, całe życie przed Nami! Skąd wiesz, że nie zostaniesz w Holandii, nie poznasz tam miłości swojego życia, nie założysz rodziny?

I tak sobie dyskutowali, a ja przysłuchiwałem się rozmowie. Szymon miał dużo racji, choć przez niektórych mógłby zostać uznany za dziwaka. Podziwiałem w nim to, że miał taką otwartość, taką energię. Gdy innym się nie chciało – on mobilizował. Gdy nie umiałem uformować swojej pierwszej bułki, poprosił prowadzącego zajęcia, by pokazał jeszcze raz. Nie bał się. Nie bał się oberwać, dostać, upaść – po prostu chciał żyć ze wszystkim tym, co z życiem związane.

- My z Marcinkiem jedziemy po przyszłość, nie, Marcinek?

Spojrzałem na niego oburzonym wzrokiem. Oczywiście musiał wciągnąć mnie do dyskusji.

- Tak, tak... - odparłem, próbując się nie roześmiać – Nowe życie, czas start!

Najpiękniejsza piekarnia na świecie

Zbliżaliśmy się do miejsca docelowego, a ja czułem jak wali mi serce. Moje dłonie były absolutnie spocone, a ja cały podekscytowany. Szymon, wykończony rozmową, usnął jak dziecko. Tak wiele go omijało! Podobały mi się krajobrazy, cyknąłem kilka zdjęć starym telefonem. Chciałem pokazać je mamie, gdy wreszcie się spotkamy. Nie minęło kilka godzin, a ja już tęskniłem. Może i byłem maminsynkiem, w ogóle mnie to nie obchodziło. Wiedziałem, że najlepsze, co mogę teraz zrobić dla niej i dla siebie, to po prostu dobrze pracować. Zarobić pieniądze, mieć jakiś cel, coś osiągnąć. To brzmiało banalnie, ale było bardzo trudne. Gdy dojechaliśmy na miejsce przypomniał mi się las i szampan. A teraz? Teraz byliśmy tu, w Holandii, przy piekarni, w której lada dzień mieliśmy rozpocząć pracę. Szymon był zachwycony.

- To najpiękniejsza piekarnia, jaką kiedykolwiek widziałem!

- A jakie inne widziałeś? Te od pani Wiesi?

Zaśmialiśmy się, chociaż piekarnia była naprawdę wyjątkowa. Szymon znowu miał rację – była jak z obrazka. Wysoki budynek, na dole piekarnia z cukiernią, na górze nasz pokój. Wokół mnóstwo zieleni, cisza, spokój. Ludzie, spacerujący z zakupami. Matki z dziećmi. Mężczyźni, którzy uśmiechali się do siebie – tak, jakby lubili swoje życie. Zdziwiło mnie to, chociaż na wiosce ludzie również byli pozytywni. Dopiero w mieście, częściej widziałem naburmuszone miny niż ciepły, ludzki uśmiech.

- Chyba dobrze się Wam trafiło, co? - spytał kierowca, otwierając bagażnik – Większość ludzi jeździ na produkcję albo do pakowania, a wy będziecie robić u Majstra.

- U Majstra? - zaciekawiłem się – To jakaś ksywka naszego szefa?

- Tak na niego gadamy, równy chłop. Ta piekarnia stoi tu i stoi, a ludzie dalej u niego kupują. Jak się postaracie, to on was z niczym do domu nie wyśle. Trzymajcie się Majstra, wiem co mówię.

Te słowa dodały nam otuchy. Faktycznie, wszystkie znaki na niebie wskazywały na to, że trafiliśmy dosyć dobrze. Aż dziwne, że Szymon znalazł tę ofertę w internecie – była idealna, skrojona na miarę. Rodzinny biznes, zajmujący się pieczeniem chleba i bułek – słowo w słowo, tak było napisane – zatrudni dwóch piekarzy z doświadczeniem. Nie mam pojęcia czemu chcieli Polaków, a nie swoich – szczerze mówiąc, nie bardzo mnie to obchodziło. Stałem przed najpiękniejszą piekarnią na świecie – wyjąłem telefon i zrobiłem zdjęcie.

Ja na górze!

Przywitała nas starsza pani w dziwnych okularach. Była bardzo zadbana, miała usta umalowane czerwoną szminkę, a na sobie białą koszulę. Odbiegała od wizerunku staruszki z Podlasia. Po ładnych, gładkich dłoniach poznałem, że nie pracowała fizycznie. Mówiła po polsku z nieznanym mi akcentem, odniosłem wrażenie, że dogadałaby się w jeszcze kilku językach. Od razu przykleiłem jej łatkę inteligentnej babci – takiej, która zaczyna dzień od książki i zielonej herbaty, ćwiczy jogę i wita gości w tak profesjonalny sposób.

- Ja zajmuję się recepcją – wskazała na pobielone lobby – Mamy z mężem nie tylko piekarnię, ale i hotelik. Przyjeżdżają goście zza granicy, dlatego coś tam umiem po polsku. Wy będziecie spać w pokoju hotelowym. Mąż mówił, że potrąci z wypłaty?

- Mówił – Szymon ewidentnie chciał zrobić wrażenie – Stwierdziliśmy, że wolimy spać w hotelu niż zwykłym baraku. Jakoś tak przytulniej.

- Oj tak – otworzyła drzwi numer dwadzieścia osiem. Naszym oczom ukazał się niewielki, schludny pokoik – Mieszkacie tutaj, bo pod 29 i 30 najczęściej nie ma gości. Tylko proszę mi się zachowywać. Do dyspozycji macie łazienkę, telewizor, jest wifi, pralka. Myślę, że całkiem fajnie.

- Bardzo fajnie – przyznałem – Nie spodziewałem się tak dobrych warunków.

Rozejrzeliśmy się po pokoju. Na tle białych ścian stało łóżko piętrowe.

- Ja na górze! - krzyknąłem odruchowo, co odrobinę mnie zawstydziło.

Starsza, uprzejma pani uśmiechnęła się tylko.

- Ah, chłopaki, jak wam dobrze, że jesteście młodzi.

Wyszła, a my zostaliśmy z bagażami w pokoju. Pokój numer 28. Od dzisiaj – nasz dom.

Ojciec Chrzestny

Usiedliśmy z Szymonem na jego części łóżka. Jutro mieliśmy dostać umowy, stawki już znaliśmy, więc czuliśmy się pewnie. Praca miała rozpocząć się za dwa dni. Wzięliśmy ze sobą wynik egzaminu, osoba, z którą Szymon dogadywał szczegóły, poprosiła o to. Czułem, że trafiliśmy lepiej, niż większość rodaków w Holandii. Przede wszystkim, czułem się dobrze, co oznaczało, że akceptuję nowe miejsce i sytuację. Nawet ta starsza pani, choć inna i dziwna, wydała mi się bardzo sympatyczna. Cieszyłem się, że nie potraktowała nas jak małolatów, którzy nie wiedzą czego chcą – ale jak normalnych pracowników. Oprowadziła, wskazała pokój, dała klucze. Czułem się bezpiecznie z myślą, że to rodzinna firma, a nie praca, w której nie znasz swojego szefa czy współpracowników. Wiedziałem, że w razie problemów, mam z kim porozmawiać – i nie jest to wyłącznie Szymon. Wieczorem mieliśmy poznać szefa, który w momencie naszego przyjazdu załatwiał swoje sprawy nieco dalej – ponoć posługiwał się językiem polskim tak samo dobrze, co żona, więc mogliśmy być spokojni. Przygotowaliśmy papiery i czyste ciuchy, a czas wolny postanowiliśmy wykorzystać na zakupy w markecie.

- To co, szampan? - zażartował Szymon.

Wzięliśmy jeden, tak, żeby nie przesadzić. Chcieliśmy uczcić nasz sukces – nie spodziewałem się, że tak szybko poczuję się jak właściwa osoba na odpowiednim miejscu. Byłem tu dopiero kilka chwil, a czułem naprawdę znajomo – uśmiechała się do mnie pani w sklepie, Szymon motywował hasłami o nowym życiu, a mnie przepełniało uczucie pełnej kontroli nad swoim życiem. Jeszcze chwila i zacznę zarabiać konkretne pieniądze w najpiękniejszej piekarni na świecie. Pospacerowaliśmy po okolicy, a na dziewiętnastą wróciliśmy na miejsce.

Szef już na nas czekał. Pierwsze wrażenie nie było szczególnie dobre. Wyglądał bardzo poważnie, miał srogą minę i ostre spojrzenie. Skojarzył mi się z ojcem chrzestnym, co później potwierdził też Szymon. Wyglądał na biznesmena z krwi i kości, budził dziwny rodzaj szacunku i respektu. Wiedziałem, że trzeba będzie pokazać się z jak najlepszej strony, jak najbardziej się starać – i trzymać Majstra. Miał na sobie garnitur i eleganckie buty. Jego twarz nie zdradzała najmniejszej emocji.

- Chłopaki z Polski? - spytał.

Jakie było nasze zdziwienie, gdy po potwierdzeniu tej informacji, serdecznie się uśmiechnął. W jednej chwili cała zasłona surowości i władzy zsunęła się na rzecz normalnego, zdrowego podejścia. Poprosił byśmy usiedli na kanapie i zaczął opowiadać o firmie. Widać było, że ten biznes – piekarnia, to całe jego życie. Odziedziczył ją po ojcu, który był piekarzem, podobnie jak jego dziadek. On jednak nie widział siebie w roli piekarza – więc zatrudniał ludzi. Wraz z nami miało pracować dwóch innych chłopaków, holendrów – powiedział, że mówią po angielsku i są bardzo mili. Robił wszystko, byśmy czuli się swobodnie i luźno.

- Stawki takie jak dogadywaliśmy przez telefon, śpicie w hotelu i robicie nocki. W razie pytań zgłaszacie się do Aaltie. Kasę dostajecie do ręki, po tygodniu pracy. Odliczam wam za nocleg, możecie korzystać ze wspólnego aneksu. Wszystko wiecie?

- Wszystko wiemy – ucieszył się Szymon. - Rozumiem, że jutro podpisujemy umowę?

- Tak, umowa jutro, a teraz pokażcie papiery. Jesteście świeżo po szkole?

- Dowiedzieliśmy się o wynikach i przyjechaliśmy – postanowiłem się odezwać – Odbywaliśmy praktyki u siebie w piekarni.

- I co, umiecie to robić?

- Jak nikt inny – Szymon musiał zabłysnąć – Jeszcze się pan przekona, nasze bułki będą się sprzedawać w całym Hillegom!

Chyba spodobało mu się poczucie humoru Szymka, bo zaczął się śmiać – nie był już tym poważnym starszym panem z zasadami.

- Trochę możecie się u mnie nauczyć. Moi piekarze pracują tu lata. Jak będziecie dobrze robić, to i dam zarobić lepiej. Nie schrzańcie tego.

Wymieniliśmy uścisk dłoni i wróciliśmy do pokoju.

Czułem, że czeka mnie tu wiele dobrego.

============================

Jutro kolejna część.