zwrot podatku Holandia

Dzisiaj przedstawiamy czternastą część opowiadania pt. “Córka szefa”. Opowiadanie powstało na kanwie prawdziwych wydarzeń. Miejsca i dane osób na ich prośbę zostały zmienione.

Wróć do części trzynastej

Odcinek XIV: Po latach

Nadróbmy zaległości

Od tamtych wydarzeń minęły trzy lata. Sandra pomyślnie się rozwiodła i, tak jak przypuszczała, nadal miała kasę od ojca. Rodzice nie odcięli jej od pieniędzy zapewne z jednego, bardzo ważnego powodu – bardzo ją kochali. Na ostatnią Wigilię zadzwonili na kamerkę i mogliśmy wreszcie normalnie porozmawiać. Bez niepotrzebnych emocji i zbędnych słów. Majster wciąż kręcił nosem na mój widok, ale nie krytykowałem go. Sprawa była zbyt świeża, by zaczął akceptować mnie jako nowego zięcia. Aaltje podchodziła do mnie z większą sympatią – lubiła mnie od początku, a ja cieszyłem się, że dałem im poznać się z jak najlepszej strony. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, że naprawdę zostaniemy rodziną. 

  • Jak ci jest w Polsce? – dopytywał Majster – Podoba ci się?
  • Jest… przepięknie – Sandra była tak samo zachwycona jak parę dni po pierwszym przyjeździe. Odnosiłem wrażenie, że każdego dnia zakochuje się jeszcze mocniej w całym tym wiejskim spokoju – Mamy tu raj na ziemi. Kupiliśmy nowego konia, teraz każdy z nas ma swojego. Jesteśmy na etapie szukania imienia, prawda, dziewczynki?

Sara i Olivia przekrzykiwały się z pomysłami na imię.

    • Maja!
    • Nicole!
    • Agnes!
    • Victoria!
    • Ale wiecie, że to chłopiec? – przypomniałem im. Zaczęliśmy się śmiać. Tak bardzo chciałem, by Majster wraz z Aaltje, dostrzegli w nas rodzinę.
    • Może wpadniemy na wakacje – odezwał się rozbawiony – Nie byliśmy na waszym ślubie… Powinniśmy to nadrobić.

Zrozumieją?

Faktycznie, rodzice Sandi nie pojawili się na ślubie. Ponoć wypadły im ważne sprawy, związane z licznymi biznesami Majstra, ale ja wiedziałem, że gdyby chcieli, to by zorganizowali czas. Ich nieobecność była niewerbalnym protestem dla naszego związku. Na szczęście Sandi nie brała tego do siebie. Znała swoich rodziców i wiedziała, że trzeba być cierpliwym. Cieszyła się chwilą.

Pobraliśmy się w Urzędzie Stanu Cywilnego w Białymstoku. Tylko my, dziewczynki – i Szymon z Emmą, jako świadkowie. Niestety… i mojej mamy zabrakło na uroczystości. Odeszła kilka dni po tym, gdy po raz pierwszy zobaczyła dziewczynki. Pamiętam ten dzień doskonale – od razu ich polubiła. Była bardzo słaba, a jednak poświęciła im czas i uwagę. Jej spojrzenie mówiło mi, że się cieszy. Tak po prostu – jest szczęśliwa, nie ocenia. Oboje wiedzieliśmy jak dobrze mnie wychowała – była spokojna o wychowanie tych dwóch małych istotek. Mimo tego, że nie byłem ich biologicznym tatą, to właśnie tak się czułem.

Byliśmy mocno zdziwieni postawą Thijsa, który… zupełnie sobie odpuścił. Przed rozwodem co jakiś czas widywał się z córkami, przylatywał do Polski, spędzał z nimi dzień lub dwa. Szybko jednak cała ta sytuacja, zdaje się, zaczęła go męczyć – miał też coraz mniej czasu. Po powrocie ze Stanów, podobno z nową partnerką, wyprowadził się do Szwajcarii.  Sandra widziała na portalu, jak angażuje się w nowy związek i nową rodzinę. Nie mogła być na niego zła. Jak by nie patrzeć… odcięła go od córeczek. Nie chciała przypominać sobie tamtego fatalnego dnia…

W dniu, w którym ojciec wykrzyczał mu przez telefon, że został zdradzony przez żonę. Czuła się podle, ale wiedziała, że tak trzeba. Postawiła wszystko na jedną kartę, a ja zyskałem nie tylko wspaniałą żonę, ale i dwie cudowne córki, które pokochałem od pierwszego spotkania – jeszcze jako kolega mamy. Thijs przysyłał przelewy z alimentami, wszystko było w porządku. Nie mogliśmy narzekać na złe relacje, choć mieliśmy świadomość, że dzieci podrosną i zaczną wypytywać o biologicznego ojca. – Wtedy powiemy im o naszej miłości – uśmiechnęła się Sandra – A one wszystko zrozumieją.

Zacznij działać

Dzień pogrzebu mamy był najgorszym dniem mojego życia. Po wszystkim długo byłem na lekach uspokajających, co stanowiło sporą próbę dla naszego związku. Wstawałem z łóżka i… znów szedłem spać – tak słabo się czułem. Nad budową domu czuwała Sandra – była absolutnie zorganizowana i zorientowana. To ona wyciągała mnie biegać, ona wołała do ogródka, ona prosiła, bym ogarnął konie. Robiła to specjalnie, bylebym nie rozmyślał i nie płakał.

Znosiłem to wszystko fatalnie, gorzej, niż zwykle znoszą to synowie. Ludzie się śmieją, że to córki są bardziej emocjonalne, bardziej zaangażowane w los rodziców – ale u mnie było inaczej. Mama miała tylko mnie, a ja tylko mamę. Razem znieśliśmy tak wiele… Byłem wściekły, że musieliśmy przejść te wszystkie trudne rzeczy po śmierci taty, ale wiedziałem, że dzięki temu staliśmy się silniejsi. Z całą pewnością łączyło nas wspólne znoszenie bólu i upokorzenie, ale i wspaniała przyjaźń. Czułem, że mój powrót do Polski wiele dla mamy znaczył. Pochowaliśmy ją w grobie, w którym leżał już tata –  na cmentarzu niedaleko domu.

Początkowo, chodziłem tam kilka, kilkanaście razy dziennie. Dopiero dzięki Sandrze zrozumiałem, że życie przeszłością zabierze mi teraźniejszość i nie dopuści do przyszłości. Postanowiłem otworzyć własną firmę i, po prostu, zacząć działać.

Nowe cele

To, jak wiele zrobiliśmy w krótkim czasie, naprawdę zapierało dech w piersiach. Byłem świadomy, że wszystko dzieje się dzięki pieniądzom Sandry – moje grzecznie leżały na koncie, o co mnie poprosiła – a nasze życie skupiało się głównie na wydatkach za kolosalne przelewy Majstra. Sandi nie czuła się z tym źle, stwierdziłem więc, że i ja nie powinienem. Była oczkiem w głowie rodziców, a oni chcieli zadbać o jej i dzieci przyszłość. Nie przeszkadzało mi to jednak w prowadzeniu działalności – szybko odkryłem, że mam do tego bakcyl i po prostu zacząłem pracować. Kupiliśmy trzy busiki, wynajęliśmy kierowców, organizowaliśmy przejazdy do pracy. Jeździliśmy pod wskazany adres – Niemcy, Holandia, Anglia. Byłem naprawdę podekscytowany.

Stary dom został wyremontowany od A do Z – zmieniło się właściwie… wszystko. Stare, gdzieniegdzie pokryte pleśnią ściany, zostały wyczyszczone i odnowione. Te, które dało się wyburzyć – postawiliśmy na nowo. Smętny ogródek, jeszcze niedawno budzący wątpliwości, czy aby na pewno jest potrzebny – został przekształcony w niewielką szklarnię. Dobudowaliśmy balkon, by poczuć się jak u Sandry – gdy jedliśmy śniadania na balkonie, z tyłu domu. Postanowiliśmy, że będzie to „dom na pamiątkę” – po mamie, po moim dzieciństwie, po wszystkim tym, co tu przeszedłem.

Sandra zaproponowała, aby wynajmować go gościom – nie miałem wątpliwości, że to genialny pomysł. Na Podlasie przyjeżdżało coraz więcej turystów, zapewne po to, by odpocząć od miejskiego zgiełku. Domek w bliskim otoczeniu lasu, dawał im spokój i komfort. Wszystkie rzeczy, związane z „Domkiem przy Lesie”, bo tak nazwaliśmy obiekt, miała pod opieką Sandi. Szło jej świetnie, zainwestowaliśmy w reklamę, mieliśmy coraz więcej gości. W opiece nad Olivią i Sarą pomagała nam opiekunka mamy – znaliśmy ją, ufaliśmy, wiedzieliśmy, że będzie idealna. Wszystko szło w najlepszym z możliwych kierunków.

Nie psujmy tego

Oczywiście, w międzyczasie nie mogło zabraknąć tematu kolejnego dziecka. Sandra nie wierzyła, że to się może udać – ja za to wiedziałem, że to się uda. Byłem pewien swego w stu procentach, zapisałem nas do najlepszego lekarza, pojechaliśmy aż do stolicy. Chciałem zarazić ją swoją zawziętością i optymizmem, ale widziałem, że coś nie gra. Jej brązowe oczy nie pozostawiały złudzeń.

  • O co chodzi?
  • Marcin, ja… ja miałam ci powiedzieć.

Jechaliśmy autostradą, a ona wyrzucała z siebie kolejne słowa.

    • Nie wiem dlaczego do tej pory nie powiedziałam… Ufam ci najmocniej na świecie. To chyba przez to, że… nie chciałam cię martwić. Przepraszam…
    • Powiesz o co chodzi? – zniecierpliwiłem się. Byłem naprawdę zmartwiony, czułem, że mogę usłyszeć wszystko.
    • Jakieś dwa miesiące temu zaszłam w ciążę.

Modliłem się, by nie spowodować wypadku. Ręce trzęsły się jak oszalałe.

    • Zobaczyłam dwie kreski, szalałam ze szczęścia… – kontynuowała – Pomyślałam, że poczekam chociaż do drugiego miesiąca… Pomyśl w jakim szoku musiałam być. Lekarz nie dawał mi szans, a tu…
    • Co dalej?
    • No… jak to co? – jej spojrzenie było puste od smutku – Poroniłam…
    • Poroniłaś i o niczym mi nie powiedziałaś?
    • Przepraszam, Marcin. Myślałam, że tak będzie lepiej.

Tamtego dnia zawróciliśmy i raz jeszcze porozmawialiśmy szczerze w domu. Sandi powiedziała, że nie potrzebuje kolejnego dziecka. Nie chciałem naciskać, chociaż pragnąłem zobaczyć małego Marcinka – czy on też miałby ocean w oczach? Przytuliłem ją do siebie i dopiero wtedy zrozumiałem, ile bólu zniosła przez ostatni czas. Teraz była szczęśliwa, miała mnie, córki na miejscu, mieliśmy idealne życie. Nie chciała tego psuć poronieniami, zdychaniem w łóżku, stanami depresyjnymi.

    • Będzie tak jak chcesz – obiecałem – A teraz chodźmy na konie.

Portret Sandry

Jak wspomniałem wcześniej, nasz ślub był skromny i kameralny. Wszystko starannie zaplanowaliśmy i… wszystko wyszło dokładnie tak, jak sobie wymarzyliśmy. Pomyślałem, że gdy ma się tę wyśnioną osobę u boku, to wszystko jest łatwiejsze. Nie miałem typowego, polskiego ślubu z tradycyjnym obiadem, orkiestrą, z wieczorem kawalerskim. Dzień przed ślubem spędziliśmy z Olivią i Sarą, bawiliśmy się w przydomowej piaskownicy i byliśmy najszczęśliwsi na świecie. Postanowiliśmy jednak, że wybierzemy się na weekend poślubny do Amsterdamu – odkąd Sandra dowiedziała się, że moja mama malowała, sama mocno wkręciła się w temat. Koniecznie chciała odwiedzić Van Gogh Museum, a ja nie protestowałem. Spędziliśmy naprawdę piękny czas. Po powrocie, gdy zasypialiśmy, spytała, czy namaluję coś dla niej. 

  • Skoro zarówno twój wujek, jak i twoja mama, mieli tę smykałkę… Chociaż spróbuj.

No i dałem się namówić. Dziś w korytarzu naszego nowego domu wisi portret Sandry – w spiętych włosach, bez makijażu. Sandry, która witała mnie o poranku w rezydencji rodziców, Sandry która czekała na mnie w waniliowej pianie. I, co najważniejsze – mojej Sandry. Kobiety, którą pokochałem nad wszystko inne.

Idź do części piętnastej

zwrot podatku Holandia

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Zostaw komentarz
Wpisz tu swoje imię