zwrot podatku Holandia

Dzisiaj przedstawiamy jedenastą część opowiadania pt. “Córka szefa”. Opowiadanie powstało na kanwie prawdziwych wydarzeń. Miejsca i dane osób na ich prośbę zostały zmienione.

Wróć do części dziesiątej

Odcinek XI: Na podlaskiej ziemi

Nie miejsce i czas

Po zbliżeniu z Sandrą czułem się jak nowo narodzony. Chwilowe podłamanie udarem mamy zostało wyparte przez falę najprawdziwszego szczęścia. Sandi była moja i tylko moja. Nie obchodził jej nikt inny. Parę dni po pamiętnym seksie w wannie, gdy tylko zjawiałem się w jej murach, zdejmowała obrączkę. Czułem się z tym lepiej, widziałem oddanie i zaangażowanie z jej strony. Rzecz jasna, przy rodzicach wciąż uchodziła za przykładną żonę. Idealnej matki nie musiała udawać – po prostu nią była. Pewnego dnia zadzwoniłem do opiekunki mamy, by wypytać, jak wygląda sytuacja. Chciałem, by przekazała mamie, że niebawem się zjawie – ale nie sam. Musiałem nastawić ją na Sandrę, na to, że kogoś mam… I że nie jest to przelotna relacja. Nie mogłem uwierzyć w swoje szczęście, gdy opiekunka dała mi do telefonu mamę. Mówiła powoli, ale dość wyraźnie, a z rozmowy wynikało, że czuje się całkiem dobrze.

  • Kiedy będziesz?
  • Planowo w czwartek. Załatwiamy transport.
  • A na długo? Mam nieposprzątane.
  • Uśmiechnąłem się sam do siebie.
  • Na parę dni. Trzy, może cztery. Nie martw się bałaganem, wszystko ogarniemy.
  • Jaka jest ta Sandra? – dopytywała. Po głosie czułem, że jest osłabiona, ale myśl o moim przyjeździe bardzo ją ucieszyła.
  • Jest kochana – odparłem, prosto z serca. Chciałem opowiedzieć mamie o wszystkim, co mnie tutaj spotkało… O tym, że Sandra jest córką mojego szefa, że ma dwójkę dzieci, a jej mąż siedzi w Stanach. Wiedziałem, że to nie jest miejsce i czas.
  • Pogadamy na żywo. Słuchaj się opiekunki!

Sandra w Radziwiłłówce

Tymczasem u Szymona miłość kwitła w najlepsze. Wcześniej nie znałem jakoś szczególnie Emmy, ale po zaręczynach, które ponoć udały się lepiej niż planował, ona coraz częściej gościła w naszym hotelu. Okazała się być naprawdę sympatyczna, choć wcześniej oceniałem ją przez pryzmat zewnętrzności. Miała duże usta, duży biust, a jej zachowanie było dosyć wulgarne. Była totalnie pewna siebie, co bardzo podobało się Szymonowi. Byłem pewien, że w normalnym życiu nigdy nie pobiłby do kobiety takie jak ona – ale w Holandii byliśmy inni. Czułem, że odnaleźliśmy tu lepsze wersje siebie, i po prostu działaliśmy. Miło patrzyło się na ten obrazek.

  • To kiedy twoja kolej? – zażartowała Emma – Szymon się pospieszył.
  • Byłem pewien, że wiedziała o mnie i o Sandrze. Powiedział jej albo Szymek, albo sama Sandi.
  • Jeszcze jest czas.
  • Chyba jesteś pewien decyzji?
  • Pewien jak niczego wcześniej.
  • Przez chwilę rozważałem zaręczyny, ale podświadomie wiedziałem, że to byłby zły ruch. Szymon, podobnie jak Emma, żyli całą tą zaręczynową otoczką, przez co nieco mi się udzielało – wiedziałem jednak, że Sandi nie byłaby zadowolona. Wolałem poczekać na ten wyjątkowy krok… i jej rozwód, o którym nawet nie rozmawialiśmy.
  • Przed pójściem na nockę, załatwiłem busa, a Sandra powiedziała mamie, że wyjeżdża w celach biznesowych. Nie robiła tego wcześniej, ale całość uzupełniła gadką o tym, że jako młoda mama chce się rozwijać, zrobić nowe kursy, wyjść do ludzi. Oficjalnie przez całe trzy dni miała znajdować się w Amsterdamie, niedaleko od domu. Tylko ja i Szymon wiedzieliśmy o tym, że będzie spała u mnie, na Podlasiu.

Mówiąc szczerze, bardzo stresowała mnie wizja Sandi w Radziwiłłówce. Ona zupełnie tam nie pasowała. Była zamożna, z klasą, miała swój niepowtarzalny styl i charakter. Była jakaś. Inwestowała w siebie, wierzyła w swoje możliwości i umiejętności, nikomu nie zazdrościła. Nosiła głowę podniesioną wysoko. Bałem się, że gdy zobaczy biedę w moim rodzinnym domu, chorą matkę i opiekunkę, zajmującą się nią – zmieni o mnie zdanie. Starałem się jakoś przygotować Sandrę na wyjazd, uświadomić jej w jakich warunkach żyłem, a w jakich nadal funkcjonuje mama. Gdy tylko zaczynałem tę rozmowę, ona szeptała mi spokojnie „wszystko będzie dobrze”. Trzymałem się tego jak tonący brzytwy.

W okamgnieniu

No i ruszyliśmy. Trochę się pozmieniało, bo bus dzień wcześniej zrezygnował „z przyczyn od nich niezależnych”, co spotkało się z niezadowoleniem wszystkich umówionych na trasę. Na szczęście Sandi zaproponowała, że pojedziemy autem – jej autem. Czułem się niezręcznie, ale w końcu siadłem za kółko. Chciałem, by spokojnie spała w trakcie przejazdu do Polski, postanowiłem prowadzić całą drogę. Wcześniej poprosiłem o urlop z powodu mamy – Majster zrozumiał i się zgodził. Chyba nie zastanawiał się zbytnio nad zbiegiem okoliczności tych wyjazdów – mojego do domu, i Sandry, rzekomo do stolicy. Jechaliśmy holenderskimi dróżkami i czuliśmy się wolni… po prostu wolni. Widziałem, że jest szczęśliwa, chociaż pewnie tęskniła za dziećmi. Wiedziała jednak, że czeka ją nowa przygoda – taka, jakiej nie miała od czasu wyjścia za mąż. Mówiła, że rzadko opuszczała Hillegom, i że brakuje jej życia typowej dwudziestopięciolatki. 

  • – Ze mną się rozerwiesz – obiecałem – Zabiorę cię na wiejską potańcówkę, co ty na to?
  • Była zachwycona. Po drodze zatrzymaliśmy się na hot-doga, a potem zjechaliśmy do lasu – tak wielką miałem na nią ochotę. Od naszego pierwszego razu byliśmy nierozłączni, mogliśmy być ze sobą non stop… i tak by było mało. Przy niej moje serce biło dziesięć razy szybciej, a świat wydawał się po prostu dobry. Droga do Polski minęła nam w okamgnieniu.

Wszystko będzie dobrze

Wjeżdżając do Radziwiłłówki, byłem naprawdę wzruszony. Niby to tylko parę miesięcy, a jednak coś we mnie pękło. Sandi, widząc moją wrażliwość, uśmiechnęła się z wyrozumiałością.

  • Tęskniłeś, co?
  • Bardzo.
  • Tyle się wydarzyło, odkąd opuszczałem to miejsce. Teraz, przyjeżdżając tu z dziewczyną, byłem zupełnie innym człowiekiem. Lepszym, dojrzalszym, bardziej pewnym siebie. Przede wszystkim, szczęśliwszym. Planowaliśmy dojechać siedem godzin wcześniej, ale koniec końców stwierdziłem, że muszę odpocząć. Położyliśmy się na fotelach, zasnęliśmy, a gdy wstaliśmy, Sandra uparła się, że chwilę poprowadzi. Jechaliśmy jej autem, nie miałem wyboru. Grzecznie przesiadłem się na fotel pasażera.
  • – A więc to jest Radziwiłłówka! – cieszyła się jak małe dziecko – Ależ tu… inaczej.
  • Tak naprawdę, nie zmieniło się nic. Nie do końca wiem, co Sandra miała na myśli, mówiąc o tym, że jest „inaczej”. Może nie spodziewała się dziur w płocie z siatki, ogromnej ilości łąk czy aż takiego spokoju. Był środek dnia, a nie działo się zupełnie nic. Byliśmy na końcu świata.
  • Stresujesz się? – spytałem, gdy zaparkowała pod domem.
  • Czego? Ta kobieta cię urodziła, więc musi być tak fajna jak ty.

Gdy wysiedliśmy, obejrzała dom. Nie prezentował się najlepiej – na pewno nie tak dobrze jak willa jej i Majstra. Był parterowy, stary i z całą pewnością zaniedbany. Niegdyś schludny ogródek teraz zamienił się w dziki zagajnik. Odkąd mama dochodziła do siebie, nie miał się nim kto zajmować. Poza tym, wszystko było tak, jak przed moim wyjazdem. Ściany obłożone boazerią, linoleum na podłodze, duża kuchnia z drewnianym stołem. Mama leżała w salonie, do którego znacznie bardziej pasowało określenie „duży pokój”. Miała specjalistyczne łóżko, które pomogła załatwić mi opiekunka – i mnóstwo rzeczy wokół siebie. 

  • Marcin – ucieszyła się na mój widok. Mówiła, lecz każde słowo sprawiało jej trudność – Jak dobrze, że przyjechałeś.
  • Sandra weszła za mną, nieco onieśmielona całą sytuacją. Podała rękę mojej mamie, przywitała się po polsku. Miałem nadzieję, że przypadła jej do gustu.
  • Jak się czujesz? – sięgnąłem po taborety, przysunąłem je do łóżka. Opiekunka kręciła się po kuchni, chciała dać nam przestrzeń.
  • To się stało tak nagle… – nie wiedziałem jak się zakochać, gdy mama zaczęła się rozklejać. W jednej chwili zrobiło mi się bardzo smutno – Przeraźliwie się wystraszyłam. 
  • Złapałem ją za rękę i spojrzałem na zmęczoną twarz. Powinienem być przy niej, cały czas, niezmiennie. Dlaczego zawiodłem…?
  • Wszystko będzie dobrze – powtórzyłem słowa, które Sandra wpajała mi do głowy przez dłuższy moment – Na pewno wszystko się ułoży. Musi.

Nie budź mnie

I tak przesiedzieliśmy cały wieczór z mamą. Wypiliśmy jedynie kawę, nie mieliśmy czasu na jedzenie. Sandi zaproponowała, że pomoże przebrać mi mamę – zgodziłem się. Opiekunkę odesłaliśmy do domu.

  • Przyjść jutro? – upewniła się.
  • Proszę sobie odpocząć. Będziemy tu trzy dni.
  • Zamknęła za sobą drzwi, a my zostaliśmy w trójkę. Początkowo mama czuła się trochę skrępowana przy Sandrze, ale szybko znalazły wspólny język. Chyba zauważyła różnice między dawnym mną a Sandrą. Może kiedyś planowała wydać mnie za jedną z córek sąsiadów? Może dla niej kobieta miała być kurą domową, opiekunką ogniska domowego? Może i tak. Co by się nie działo, czułem jednak, że zaakceptuje mój wybór.
  • Umiesz gotować? – zaskoczyło mnie pytanie mamy. Mimo choroby, nie brakowało jej poczucia humoru.
  • Całkiem nieźle – pochwaliła się Sandra – Dzieci też przewijać umiem. Mam dwie córki.
  • Spojrzałem na nią przerażonym spojrzeniem.
  • I może jeszcze męża? – ciągnęła żarty mama. 
  • Jeszcze to dobre słowo.
  • Szybko zmieniłem temat, nie chciałem o tym dyskutować w tej chwili. Zrobiliśmy mamie herbaty i przegadaliśmy długie godziny. Sandra przysłuchiwała się, była grzeczna i uczynna. Gdy tylko mama czegoś potrzebowała, ruszała z pomocą.
  • Gdy w nocy leżeliśmy w drugim pokoju, w którym jeszcze niedawno odrabiałem lekcje – zaczęła obsypywać mi twarz drobnymi pocałunkami.
  • Co to za buziaki? – ucieszyłem się. Odpowiedziałem jej tym samym.
  • Jesteś wyjątkowym człowiekiem, Marcin. Bardzo kochasz swoją mamę.
  • Nie tylko mamę. Nie zapominaj o sobie.
  • Wiesz o czym mówię…
  • Musiała być zdumiona warunkami w naszym domu. Musiała doznać szoku na widok nędzy i choroby, a jednak była tu ze mną. Odniosłem wrażenie, że wyrwałem ją z kolorowego, przyozdobionego brokatem świata. Dzięki mnie, a może przeze mnie, wyszła spod klosza. Doznała czegoś nowego, czegoś innego. Może właśnie dlatego nazwała tak tę wioskę.
  • Gdy wrócimy, powiem o wszystkim tacie – powiedziała stanowczo po pieszczotach. Leżała naga i wyzwolona w moich ramionach, na starym, skrzypiącym tapczanie.
  • Jesteś tego pewna? Masz…
  • Wiem. Mam męża. Jestem mężatką. Wzięliśmy ten cholerny ślub. Nie masz pojęcia jak bardzo żałuję, że nie wzięłam go z tobą. Mogłam poczekać na właściwą osobę… Nie wiedziałam, czy w ogóle się zjawi.
  • A jednak jestem – spojrzałem w jej brązowe oczy. Uwielbiałem je bardziej niż cokolwiek innego. Nawet teraz, pod osłoną nocy, wydawały się dzikie i energetyczne.
  • Jesteś – powtórzyła, dotykając mojej twarzy.
  • Nie martw się, to nie sen. Nigdy się nie wybudzisz.

Idź do części dwunastej

zwrot podatku Holandia

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Zostaw komentarz
Wpisz tu swoje imię